Uwaga!


Wszystkie teksty zawarte na blogu Aleksandrowe myśli, chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.

Translate

Łączna liczba wyświetleń

"Kondukt umarłych" czyli dobry dziennikarz tropi złe :)

Obrazek artykułu
Dziennikarskie śledztwo w czasach kryzysu dziennikarstwa śledczego. Nieprzystający do nowych realiów w mediach Hubert, główny bohater „Konduktu umarłych” (Rozpisani.pl, Grupa PWN), próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczo powiązanych morderstw.
Ślady zaprowadzą go do zagubionego wśród mazowieckich lasów kościółka i do bestii, miejscowego diabła, o którym opowiadają okoliczni mieszkańcy. Sprawy skomplikują się jeszcze bardziej, kiedy Hubert uczyni z tej dziwnej sprawy czołówkę „Kuriera Codziennego”, w którym pracuje. W czasie żałoby narodowej ogłoszonej po tym, jak samolot spadł pod Smoleńskiem, to po prostu niedopuszczalne. Wbrew wszystkiemu bohater będzie brnął dalej, mogąc liczyć a to na kufel piwa od osiadłego w Polsce Araba, a to na bimber wypity z musztardówki w towarzystwie przyjaciela.

Nowy kryminał Jerzego A. Wlazło zapewne ucieszy też czytelników poprzedniego. Jest prequelem „Kota Syjonu”, którego uznali za jeden z  „225 Najlepszych Kryminałów Ever”*. W przeciwieństwie do pierwszej książki, której akcja rozgrywała się w Walii, w „Kondukcie umarłych” tłem dla zbrodni jest między innymi Warszawa i krakowski rynekJednak lwia część książki rozgrywa się w Radomiu (stąd pochodzi mieszkający obecnie w stolicy autor) i okolicach. Poznajemy urokliwy kościółek w Bardzicach, Jedlnię Letnisko czy Przytyk. Można w tej książce odnaleźć charakterystyczne miejsca Radomia, jak Bistro w centrum miasta – Wlazło spędził w nim wiele dni i nocy, radomską katedrę, Muzeum Wsi Radomskiej, budynek przy ul. Kościuszki, w którym podczas II wojny światowej miało swoją siedzibę gestapo. Choć cała akcja jest fikcją, składają się na nią także prawdziwe sytuacje, w których pisarz uczestniczył. Dlatego wraz z głównym bohaterem poznajemy postaci, których pierwowzorów można by szukać w warszawskich i radomskich mediach, ale nie tylko. Jednym z nich jest nieżyjący już Wojciech Ozimek, znany i lubiany radomski dziennikarz, prywatnie przyjaciel autora.

„Kondukt umarłych” to czwarta książka Jerzego A. Wlazło. Za „Kota Syjonu był nominowany do Angelusa. Pod koniec sierpnia br., wraz ze Zbigniewem Pawlakiem opublikowali „Biesłan. Pęknięte miasto”, książkę poruszającą historię rozdartego Kaukazu w 10. rocznicę zamachu terrorystycznego w Biesłanie. Wlazło pisze też dla młodzieży – powieść „Na wczoraj” (wydana w formie ebooka) została dobrze przyjęta również przez starszych czytelników i w planach jest wydanie jej drukiem. Autor ma też w zanadrzu kolejną.  
Jerzy A. Wlazło, zanim został pisarzem, był dziennikarzem prasowym i radiowym. Prywatnie wielbiciel muzyki - Elvisa Presleya, The Beatles, Nicka Cave’a, Pavlov’s Dog i tysiąca innych, a także kawy z kardamonem i zbożowej. Jest miłośnikiem kotów, żółwi i Pałacu Kultury.

„Kondukt umarłych”
Data premiery: 17 września 2014; 300 stron

*Ranking można prześledzić m.in. tu:



 Kondukt umarłych – fragmenty

Nigdy na krakowskim rynku przed godziną siedemnastą nie było tak cicho. Nikt nie kupował kwiatów, żadna podkowa nie stukała o bruk. Nawet gołębie przestały spierać się między sobą o podarte torby z pobliskiego McDonalds’a. Rozkrzyczana jeszcze przed momentem wycieczka również zamarła na chwilę w milczeniu. Wreszcie ktoś nie wytrzymał.
– Ale lipa – parsknął blondynek z kręconymi włosami o twarzy amorka, który po raz pierwszy mógł podokazywać na niebiańskiej łące. – Siwy, przyznaj się, zajumałeś im ipoda!
– Dżeku! – zawołał chudy drągal o wyglądzie przerośniętego niemowlaka i ufarbowanych na biało włosach – zapodaj jaką muzę!
Któryś z chłopaków przycisnął do ust zwinięte dłonie i zatrąbił przeraźliwie. Kilka dziewcząt, które najwyraźniej rąbnęły swoim mamom nie te kosmetyki co trzeba, zapiszczało, jakby nagle stanął przed nimi Piotr Adamczyk.
A potem znowu wszystko gwałtownie ucichło. 8 maja 2010 roku o godzinie 17.00 nie popłynęły dźwięki hejnału mariackiego. Konieczny jeszcze przez chwilę rozglądał się bezradnie szukając jakiegoś ratunku w gęstniejącym wokół tłumie. Ale obce twarze nie wyrażały niczego poza bezgranicznym zdumieniem pomieszanym z lękiem. Gdy pęka niewidzialna nić łącząca życie ze światem bajek pozostaje jedynie strach.
Nagle Piotr się otrząsnął z chwilowego otępienia. Gestem przywołał opiekuna bachorów.
– Proszę na mnie czekać – rzucił i nie czekając na reakcję pobiegł w kierunku katedry i wejścia na wieżę.
Znał tu każdy kąt. Kochał Kraków miłością czystą i absolutną od najmłodszych lat, gdy razem z ojcem przemierzali kręte uliczki, zaniedbane podwórka, historyczne wizytówki pierwszej stolicy. Tu się urodził i to miasto było dla niego najpiękniejszym ze światów. Zwiedził niemal całą Europę studiując architekturę, ale drugiego takiego miejsca nie znalazł. Zawsze wracał. Każdego dnia oprowadzając znudzone wycieczki z tym samym biciem serca czekał na dźwięki zegarów, na hejnał, na ogień z pyska smoka wawelskiego. Każdy kamień należał do niego. Ale nigdy jeszcze...
Wbiegał na wieżę. 239 schodów. Wejście normalnym krokiem zajmuje niecałe trzy minuty. On przeskakiwał po kilka stopni doganiając unoszące się w górze głosy. Ktoś biegł tuż przed nim. No tak, na dole nie było strażnika. Chyba. Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Nie teraz. Zatrzymał się na szczycie schodów.
I natychmiast zamknął oczy.
* * *
Leszek Grzegorzewski przyjechał do Krakowa przed kilkoma laty. Serce nie sługa, a on zakochał się w dziewczynie. Ludzka rzecz. Poznali się w górach. On chodził po szlakach, ona spędzała urlop u rodziny. Jego towarzystwo poszło dalej, on został. Potem były telefony, SMS-y, wreszcie przyjechał z pierścionkiem. Jej rodzice pomstowali, że niby za mało się znają, że to jakoś tak szybko, ale zgodę dali. Ojciec, miejscowy wysoki działacz jednej z wiodących partii polskiej sceny politycznej, starą miejscową metodą nazywaną „a ponieważ” wystarał się Leszkowi o robotę. A ponieważ wiedział, że zięć grał na trąbce w kościele, a ponieważ jeden z hejnalistów odchodził na zasłużoną emeryturę, a ponieważ działaczom i patriotom się nie odmawia (szczególnie gdy córce trzeba znaleźć posadę, może być sekretarki u działacza), a ponieważ zbliżały się wybory i słowo działacza może wiele znaczyć, a ponieważ...
Uczciwie trzeba przyznać, że Grzegorzewski był lubiany przez kolegów z wieży. Prostolinijny, bez cienia fałszywych ambicji, znał swoje miejsce w szeregu, punktualny był, na trąbce grał czysto i z polotem. Wypić też lubił, ale wiedział kiedy i z kim. A jak co trzeba było, to z teściem też szło się dogadać.
Piotr znał Grzegorzewskiego, podobnie jak wszystkich hejnalistów i nie ukrywał, że go nie lubił. Wiedział, że głównym powodem niechęci jest fakt, iż cepr tylko dzięki protekcji dostąpił zaszczytu wykonywania hejnału mariackiego. Może on i jest dobry człowiek, ale jednak nie Krakus.
A właściwie był. Bo teraz leżał w kałuży krwi, a w jego szyi tkwiła pierzasta strzała. (…)

− Jesteśmy u źródła. Nasz diabeł narodził się tutaj. Upatrzył sobie tutejszą świątynię. A ja chcę wiedzieć, dlaczego wobec tego szlaja się po całym kraju.
− Odwaliło ci zupełnie? – zapytał Hubert bez nadziei na odpowiedź.
− To ty mnie szukałeś – przypomniał Dobrosław. – Nie podoba ci się, że mówię głośno to, czego się bałeś?
Zgrzytnęły obite blachą drzwi. Do izby wlały się przemoczone cienie. Śmierdziały deszczówką spod samochodowych kół na rampie kolejowej i lasem bez wyrazu.
− Po rozmowie z twoimi starymi zacząłem tropić miejscowego diabła. Mówią tu na niego Kusy. To nasz, najbardziej polski ze znanych diabłów. Taki trochę niższej kategorii, ale też nasze ambicje w tej materii chyba nigdy nie były największe. Może poza Twardowskim. 

Hubert uśmiechnął się mimowolnie.
− Pierwszy Polak na Księżycu – mruknął i w tym momencie kolejny piorun uderzył w ziemię. Aż jęknęła. Cienie oderwały się od wejścia i bezgłośnie sunęły bliżej kominka. Hubert zobaczył ze zdziwieniem, że Dobrosław się śmieje.
− Polaka na Księżycu to ty zobaczysz, jak już wszystkie ptaki przestaną fruwać. Twardowski był Niemcem, synku, nazywał się Laurentius Dhur i był potrzebny Zygmuntowi Augustowi, żeby mu po śmierci Barbary Radziwiłłówny pod postacią ducha przemycać kochankę do sypialni.
Za oknem wzmógł się szum deszczu. Wicher zagwizdał w drzazgach rozpadających się desek. Nie brzmiało to jak wycie diabła. Cienie zgęstniały wokół nagrobnych zniczy. Zmaterializowały się. Zacieśniły krąg.
− No i znalazłem ich tutaj – Dobrosław wrócił do tematu. – Oto są ludzie przeklęci.
Hubert mimo woli wstrzymał oddech. Może była to reakcja na słowa Dobrosława. A może na wszechogarniający smród. W nikłym blasku cmentarnych świec pojawiły się przemoczone łachy pamiętające czasy narodzin rock’n’rolla. Tamta muzyka też była brudna. Pytanie, czy aż tak.
Dobrosław wykonał pół gestu zapraszającego do stołu. Drugie pół zginęło w ciemności. Łachmany usiadły po obu stronach ławy. Cisza brzmiała wyczekująco. Dobrosław jakby nie zwracał na nich uwagi.
– Kiedy po rozmowie z twoimi starymi zadzwoniłem do tutejszego proboszcza powiedział mi o nagłym wybuchu zabobonnego lęku przed Kusym. Pewnie jako ksiądz powinien się z tego cieszyć, ale to inteligentny facet. Gusła go interesują jako obiekt badawczy. Przy całej swojej bezsprzecznej wierze jego podejście do religii jest zadziwiająco materialistyczne. Dlatego jakoś nie wierzy w diabła biegającego we włochatej skórze po lesie i świecącego czerwonymi oczami. Zdradził mi, że ma pewne podejrzenia – spojrzał wymownie na ponure postaci, którym czerwony blask świec rysował dodatkowe zmarszczki, odzierając ich twarze z ułudy łagodności. Jak drewno porysowane dłutem wściekłego rzeźbiarza, nim nie wydrze ostatniej zbędnej drzazgi kłującej poczucie estetyki.
Mężczyzna siedzący z brzegu stołu zsunął przemoczony kaptur. Ku zaskoczeniu Huberta miał gładko zaczesane szpakowate włosy, starannie wypielęgnowany tygodniowy zarost. Oparł brudne splecione dłonie o blat.
– Nie my stworzyliśmy Kusego – powiedział. Miał lekko zachrypnięty głos, którym posługiwał się śpiewnie, jak knajpiany muzyk nad ranem, gdy liczy na ostatnie napiwki kompletnie pijanych klientów eleganckiego baru na skraju przepaści.
– Przedstawiam ci bractwo przeklętych – Dobrosław szturchnął Huberta dość mocno w ramię. – Miejscowi boją się ich nie mniej niż Kusego. Tylko, że na nich czosnek nie działa.
– Na Kusego też nie – mruknął szpakowaty. (…)


5 komentarzy :

  1. Mam na półce ''Kota Syjonu'' tego autora, więc najpierw wezmę się za tę lekturę a potem ewentualnie rozejrzę się za powyższą pozycją.

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo spodobały mi się fragmenty i fabuła. Nie znam natomiast samego autora i chętnie go poznam :D
    Pozdrawiam
    http://artemis-shelf.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie czytałam jeszcze ni tego autora, ba, nawet o nim nie słyszałam, ale zamieszczony przez Ciebie fragment zapowiada się ciekawie, więc dopisuje sobie jego nazwisko na listę "do poznania" :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzień dobry, nazywam się Jerzy A. Wlazło. W każdej chwili możemy się poznać. Po lekturze "Konduktu" czy też przed, dla mnie bez różnicy. Miłego weekendu.

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuję za odwiedziny i pozostawiane komentarze :)
Wszystkie czytam i staram się odpowiedzieć na każde pytanie.
Pozostawiam sobie możliwość usuwania Spamu i komentarzy wulgarnych czy obraźliwych...

Aleksandrowe myśli © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka