
Historia opowiedziana przez Steenę Holmes to tylko i wyłącznie fikcja literacka, jednak nie niemożliwa do zaistnienia w świecie realnym. Pierwsze, najważniejsze pytanie jakie się nasuwa na myśl to to, co się stało z Emmą? Wiele jest możliwości odpowiedzi. W dzisiejszych czasach kiedy tak wiele par dotyka problem niepłodności handel dziećmi to całkiem możliwy scenariusz, który w niektórych rejonach świata już staje się faktem. Czy tak było w tym przypadku, nie zdradzę, bo bezsensowna stanie się dla Was lektura tej książki.
Podobała mi się narracja prowadzona z dwóch perspektyw: pogrążonej w żalu, a jednak w dalszym ciągu mającej nadzieję rodziny Taylor i starszego małżeństwa Dottie i Jack'a, niszczonego chorobą Alzheimera i sprawującego opiekę nad osieroconą wnuczką. Obie historie poruszają i zmuszają do zastanowienia się nad motywami postępowania bohaterów.
Dlaczego Peter tak łatwo odpuścił i nie chce żyć przeszłością? Dlaczego Megan nie ustaje w poszukiwaniach i nie widzi jak rani i zaniedbuje emocjonalnie starsze dzieci? Dlaczego dziewczynki żałują, że nie zaginęły zamiast Emmy? Dlaczego Dottie jest taka surowa dla wnuczki i nieprzejednana w stosunku do córki? Dlaczego Jack tak ślepo wierzy żonie? Pytania się mnożą ale gwarantuję, że niemal na każde otrzymacie odpowiedź.
Bohaterowie odpowiadali mi pod względem charakterologicznym, a ich zachowanie odpowiadało sytuacjom, w których się znaleźli. Rozumiałam rozterki Megan ale i zarzuty Petera. Osobiście nigdy nie chciałabym się znaleźć na ich miejscu i decydować kiedy zakończyć walkę o odnalezienie zaginionego dziecka. Rodzina Taylor dotknięta traumatycznym doświadczeniem rozwinęła w sobie nadopiekuńczość i większą kontrolę nad swoim życiem. Jednak czy wyszło im to na dobre?
Drażniła mnie za to postawa Dottie, która odtrąciła swoją córkę gdy ta wybiegała poza ramy jej marzeń. Popadła w nałóg i nie umiała sobie z nim poradzić, a rodzice pozostawili ją samą sobie,po cichu licząc na cud albo na to, że samo się jakoś poukłada.
"Szukając Emmy" byłaby idealna gdyby nie zakończenie... Choć dramatyczne, to jakby poskładane naprędce, z pomysłem, ale bez odpowiedniego wyważenia. Zbyt łatwo elementy porozrzucanych puzzli trafiło na miejsce, bez dreszczyku emocji, bez pełni spełnienia.
Mimo tego zaburzającego harmonię mankamentu, polecam "Szukając Emmy". To książka, która wskazuje momenty, które w jednej chwili ważą na całym życiu. Ukazuje także siłę matczynej miłości i intuicji. Niesie pociechę i potwierdza, że nadzieja umiera ostatnia.
Steena Holmes "Szukając Emmy", tł. Tomasz Illg, Znak, Kraków 2013