Uwaga!


Wszystkie teksty zawarte na blogu Aleksandrowe myśli, chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.

Translate

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć dziecka. Pokaż wszystkie posty

Patronat // Sto dni szczęścia, Eva Woods // Celebrujmy życie

Drogi Czytelniku!

Piszę do Ciebie ten list, będąc pod wpływem lektury, którą ostatnio przeczytałam. Książka Evy Woods skłoniła mnie do wielu refleksji, którymi chciałabym się z Tobą podzielić. 

Wiem, że życie czasem lubi dopiec. Każdy ma swoje problemy i chwile codzienności, które przytłaczają tak bardzo, że trudno wziąć się w garść i wstać z łóżka, by z uśmiechem witać kolejny dzień. Ty, a także ja, martwimy się swoją przyszłością, często stojąc na rozdrożu, zastanawiamy się, jaką podjąć decyzję. Nie jest łatwo pozostać sobą w dzisiejszym brutalnym, pełnym przemocy świecie i czasem nie zwariować, nie wyjść z siebie, stać się kimś zupełnie innym, tak obcym, że sami w sobie nie rozpoznajemy człowieka, a jedynie zbitek lęku, cierpienia i zgorzkniałości. 

Wiem, że w takich chwilach trudno znaleźć optymizm i wyliczyć każdy pozytywny aspekt swojego położenia. Polly, jedna z bohaterek „Sto dni szczęścia” odważyła się rzucić losowi wyznanie i mimo swojej ciężkiej choroby i widma śmierci, nie poddać się, a co więcej być szczęśliwa, na przekór, bo tak! Z lektury jasno wynika, że łatwiej jest się poddać i w milczeniu czekać na wyrok, niż z przebojem i ogromną skrupulatnością poszukiwać okruchów radości. Przyznaję, to karkołomne wyzwanie, trudne i wymagające wiele poświęceń. Jednak efekt może zaskoczyć i przynieść coś zupełnie nieoczekiwanego. 

Z własnego doświadczenia wiem, że codzienne kataklizmy takie jak rozstanie, choroba, strata dotykają całą rodzinę, przyjaciół, znajomych. Naszym bliskim również trudno odnaleźć się w nowej sytuacji i pomóc nam w cierpieniu. Nikt nie uczy nas jak zachować się w trudnych, traumatycznych sytuacjach. Często działamy pod wpływem impulsu, instynktu, obserwacji. Czasami to wsparcie wystarcza, a czasami doprowadza to do oklepanych frazesów, które zamiast pomóc, stają się punktem zapalnym, jakiejś agresji, która wybucha gwałtownie, pozostawiając po sobie zgliszcza i rozbitą skorupę, którą tak trudno ponownie skleić. Doskonałym tego przykładem  jest druga bohaterka powieści Annie. Kobieta zamknęła się w swoim bólu, że przestała dostrzegać cierpienie innych. 

Nie jest łatwo dotrzeć do osoby pogrążonej w żalu. Jednak nie należy się poddawać. Owszem, poziom irytacji będzie sięgał zenitu. Można być także narażonym na ciosy, które dotkną do żywego. Natomiast na końcu czeka satysfakcja, którą bardzo trudno do czegokolwiek porównać. 

Jeszcze trudniej jest pozwolić komuś wkroczyć w swoją samotną, przez co bezpieczną przestrzeń. Szybko przywykamy do schematu, który staje się swego rodzaju oazą. Lecz to nie jest sposób na życie, a jedynie wegetacja pozwalająca przetrwać. 

Dobrze by było, gdybyśmy zaczęli dostrzegać innych ludzi, którzy być może cierpią równie mocno, a może życie dokuczyło im jeszcze bardziej, a może tych, którzy pod maską entuzjazmu skrywają lęk przed śmiercią i przemijaniem. 

Przyjacielu, mam nadzieję, że moje przemyślenia w takiej dość nieoczekiwanej formie skłoniły Cię, zaciekawiły, zachęciły do lektury książki „Sto dni szczęścia”. Jeżeli tak, to nie oczekuj, że Eva Woods nauczy Cię jak żyć i nie da Ci gotowej recepty na to, jak być szczęśliwym. Za to, otworzy oczy na wiele aspektów, których nie dostrzegasz, będąc niedostępny jak Annie, odważny jak Polly lub całkiem obojętny na toczącą się wokół Ciebie rzeczywistość. 

Eva Woods napisała książkę pod wpływem impulsu, pomysłu, który zaiskrzył w głowie błyskiem pewności, że historia może stać się czymś wyjątkowym dla wielu czytelników. I tak jest. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie, odkryje wartości, które są ważne i istotne tylko dla niego. Powieść może wzruszyć, rozbawić, a na pewno skłoni do przemyśleń i obudzi inspiracje, być może popchnie do działania.





Z wyrazami szacunku,
Aleksandrowe myśli 













Czytaj dalej...

Zbrodnia i śledztwo w cieniu PRL- u, czyli... Śpij, malutka, Przemysław Koza

PRL to czasy kiedy manipulacja społeczeństwem, pojedynczymi jednostkami sięgnęła szczytu i pozwoliła na zachowania bulwersujące, kontrowersyjne, obrazoburcze.

Starszy sierżant sztabowy Milicji Obywatelskiej w małej miejscowości Smętorzowie, Józef Krzepicki, staje się ofiarą komunistycznego systemu. Epizody prywatnego życia blokują karierę, a służbowe rujnuje rodzinę. Milicjant topi problemu w morzu alkoholu i polowaniu na wrony. Podczas jednej z wypraw do pobliskiego lasu Krzepicki dowiaduje się, że po pijaku postrzelił swoją siedmioletnią córeczkę. Grozi mu przykładne aresztowanie i surowy wyrok. Podczas śledztwa okazuje się, ze nic nie jest takie na jakie wygląda. A za śmiercią dziewczynki kryje się mistyfikacja na najwyższych szczeblach władzy.

Lubię kryminały. I lubię okres PRL- u w literaturze, który może być doskonałą areną pod, wydawałoby się, nierealne wydarzenia. Jednak nie wszystkich udaje się w pełni wykorzystać potencjał czasów i możliwości jakie oferuje. Przemysław Koza nie wypadł najgorzej. Udało mu się uchwycić absurdy epoki, mechanizmy manipulacji, zależności pomiędzy władzą, partią, a ich marionetkami i zwykłymi obywatelami. Ciekawie poprowadził kryminalną grę. Kluczył, wprowadzał mylne tropy, zafałszowane zeznania długo pozostawiając czytelnika w nieświadomości i ciekawości.

Z całą resztą było trochę gorzej. Po pierwsze postaci. Sztampowi, schematyczni a ich zachowania tendencyjne i przewidywalne. Józef Krzepicki, alkoholik, którego śmierć córki wyzwala pompatyczne wyznania i przyrzeczenia: "Nie spocznę, dopóki nie dorwę tego skurwysyna, który zabił mi dziecko, aż nie zobaczę jego nędznego końca." Żałoba i prywatne śledztwo nie przeszkadza mu zupełnie w życiu towarzyskim i w myśleniu rozporkiem zamiast mózgiem. Zachowanie jego żony dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie chce utrzymywać kontaktu z Józefem, nie obwinia go o śmierć córeczki, chociaż całe Smętorzowo już wydało na niego wyrok. Wpada za to do knajpy, w której raczy się alkoholem i oskarża o niedopełnienie obowiązku pochówku. Przecież nawet z nimi nie mieszkał, nie interesował się rodziną, a miał załatwiać pogrzeb?????? Inni bohaterzy również za mocno odrealnieni, tak jak sytuacje, które ich spotykają. Milicjant, który pilnuje rannego człowieka w samochodzie i nie orientuje się, ze to manekin?!

Nie podobało mi się również to, że autor usilnie i topornie wpychał w tekst PRL- owskie produkty, np. "w dwóch woreczkach po krówkach ze spółdzielni cukierniczej "Jedność"". Mam wrażenie, że Przemysław Koza bardzo chciał na każdym kroku przypomnieć w jakich czasach rozgrywa się akcja jego książki, ale mógł to zrobić bardziej naturalnie.

Cała powieść "Śpij, malutka" zgrzyta. Okładka ma się nijak do historii. Tekst czyta się opornie, brak jej lekkości, dynamizmu, spektakularnych zwrotów akcji. Biorę to na karb braku doświadczenia i niecierpliwości.

Reasumując, książkę Przemysława Kozy można przeczytać w jedno popołudnie, o ile przymknie się oko na pewne niedociągnięcia. Praca czyni mistrza i wierzę, że kolejne dzieła autora będą coraz lepsze.









"Śpij, malutka" Przemysław Koza, Novae Res, Gdynia 2015





Recenzja napisana dla serwisu DużeKa, któremu dziękuję za egzemplarz recenzyjny książki :)





Czytaj dalej...

Administrator strony Aleksandrowe myśli korzysta z systemu komentarzy Disqus. Adresy IP i adresy e-mailowe są przechowywane przez administratora Disqus'a. Zakładając stronę na platformie Disqus wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych.
Aleksandrowe myśli © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka