Uwaga!


Wszystkie teksty zawarte na blogu Aleksandrowe myśli, chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.

Translate

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PWN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PWN. Pokaż wszystkie posty

Duża dawka rzeczywistości, czyli... Germania, Harald Gilbers

Harald Gilbers jest niemieckim redaktorem, felietonistą, a także reżyserem teatralnym. Za swoją debiutancką powieść "Germania" otrzymał w 2014 roku prestiżową nagrodę Friedrich- Glauser- Preis dla twórców kryminałów. Autor zdradza, że gro jego pracy nad książką to "ślęczenie nad manuskryptem w ciszy gabinetu" i analiza bezpośrednich źródeł historycznych, tak by w pełni oddać realizm opisywanych czasów...


Akcja "Germanii" rozgrywa się pod koniec II wojny światowej w Berlinie, zniszczonym przez naloty i bomby aliantów. W krajobrazie gruzu i popiołu dochodzi do serii brutalnych mordów kobiet, których okaleczone zwłoki są składane pod pomnikami ofiar i bohaterów wojennych. Śledztwo prowadzi oficer SS Vogler. Niestety nie radzi sobie zbyt dobrze. Zmusza więc do współpracy Richarda Oppenheimera, niegdyś najlepszego śledczego berlińskiej policji, dziś ofiary nacjonalistycznej polityki Hitlera odsuniętego od pracy i życia ze względu na żydowskie pochodzenie. Ten lekko perwersyjny duet wilka i baranka pod presją czasu ściga bezwzględnego mordercę.

Wytężona praca poszukiwacza, historyka przyniosła wymierne korzyści. Tło historyczne opisane bardzo rzetelnie i z zachowaniem charakterystycznych szczegółów. W zbombardowanej stolicy III Rzeszy rozgrywają się dramaty ludności cywilnej, która mimo braku poparcia dla polityki Hitlera stała się jego ofiarami brutalnego systemu. Jednak wśród zwolenników upadku nazizmu, wkroczenia alianckich wojsk do Berlina możemy obserwować zachowania wyjątkowo brutalne wobec nielicznych osobników narodu żydowskiego i niezdrowa fascynacja nacjonalistycznym reżimem. Oczami bohaterów obserwujemy nieustanne naloty, pożary, zawalone domy, panikę, zmęczenie nieustannym strachem i ochroną życia i zdrowia, próby schronienia się w niepewnych piwnicach, wyciąganie spod gruzów ciał berlińczyków, grzebanie zmarłych, zmuszanie i indoktrynowanie kobiet do macierzyństwa, projekt Lebensborne, podziemna aborcja.

Na obu frontach działa nietypowy duet śledczy, esesman i Żyd oraz ich nietypowa relacja rozwijająca się na granicy akceptacji i przyjaźni. Vogler jest wysoko postawionym oficerem SS. Nie może zdradzić się ze swoją słabością do swojego żydowskiego partnera. Z kolei Oppenheimer zdaje sobie sprawę ze swojej niedogodnej pozycji i szuka rozwiązania, które uratowałoby jego skórę i życie. Podczas śledztwa przekonuje się jak wielu ma sojuszników i jak wielu ludzi pamięta jego zasługi dla społeczeństwa.

Pozostałe postacie to nie tylko tło dla głównych bohaterów, ale pełnokrwiste osobowości i podatne marionetki, które mają ważną rolę do odegrania. Mamy agresorów i ofiary, bohaterów i pomocników diabła, zastraszonych mieszkańców Berlina i młodych nazistów.

Zbrodnia, bestialskie okaleczenia ciał, pozostawienie zwłok pod pomnikami wojennymi to nie tylko czysta agresja ograniczonego emocjonalnie mordercy, a wielowarstwowa definicja pogardy dla życia, dla podstawowych wartości i lojalnego zapatrzenia w swojego przywódcę.

"Germania" byłaby idealnym kryminałem retro gdyby nie małe potknięcie w rozwijaniu akcji. Harald Gilbers przez mnogość opisów zagubił dynamikę. To co w założeniu miało być suspensem wyhamowało bieg akcji przez co książki nie czyta się z taką ekscytacją, na jaką zasługuje opisana historia.








"Germania" Harald Gilbers, tł. Agnieszka Hofmann, PWN, Warszawa 2015





Czytaj dalej...

Labirynty ludzkiego umysłu, czyli... W głąb labiryntu, Sigge Eklund

Moja fascynacja literaturą skandynawską trwa. Jeżeli tylko mam okazję poznaję nowe nazwiska, tytuły i historie, które w chłodnych północnych klimatach brzmią o wiele bardziej groźnie, niebezpiecznie i tajemniczo. Tym razem zapoznałam się z prozą Sigge Eklund, który w Szwecji jest literackim celebrytą. W Polsce termin ten nie jest znany, a jego wydźwięk jest raczej negatywny. Zastanawiałam się czy to celebryctwo tyczy się bardziej jego osobowości czy twórczości i co czeka mnie wraz z lekturą "W głąb labiryntu"...


W zwyczajnym szwedzkim miasteczku, w zwyczajnej szwedzkiej rodzinie zostaje porwana jedenastoletnia dziewczynka. Nikt nie żąda okupu, nie ma żadnych tropów, nie wiadomo co stało się z Magdą Horn. Podejrzenie pada na ojca dziewczynki? Czy mężczyzna był zamieszany w zniknięcie córki? Co ukrywa? Co wiedzą jego najbliżsi, znajomi, współpracownicy?

"Żałoba wszystko przenika i ukazuje ludzi takimi, jacy są naprawdę."

Narracja powieści nie jest typowa. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia czterech osób, które z czterech odrębnych historii tworzą jeden misternie skonstruowany, spójny, smutny, miejscami przerażający obraz rodziny będącej w rozpadzie, tajemnic z przeszłości, poczucia winy, wzajemnej nieufności, zgubnej fascynacji.

Swoje zdanie mają: Asa i Martin Horn- rodzice porwanej Magdy, Tom- najbliższy współpracownik Martina i Katja- szkolna pielęgniarka i towarzyszka życia Toma. Tą czwórkę osób łączy o wiele więcej. Sami nie spodziewają się jak bliskie są te połączenia i jaki miały wpływ na zaginioną jedenastolatkę. Tylko Ty czytelniku jesteś dopuszczony do tajemnicy, do faktów, na które spłynęła kurtyna milczenia i wzajemnych zależności oraz zgubnego wpływu przeszłości na teraźniejszość, na uczucia, emocje. Tylko Ty masz szansę rozwikłać zagadkę miejsca pobytu Magdy. Bo rozwiązanie nie jest konkretne i wskazane przez autora. Jest w Twojej gestii i kwestią własnej dedukcji oraz wrażliwości.

Sam sylwetki  postaci są pomysłowe, złożone, niejednoznaczne. Nie wiadomo co można się po nich spodziewać. Z wierzchu wyglądają i zachowują się jak inni, w środku gromadzą sekrety, które wszystko zmieniają. Naszą wiedzę, stosunek, podejście, oskarżenia, współczucie. Asa jest psychologiem. Powinna umieć poradzić sobie z emocjami zarówno własnymi, jak i bliskich. Nie potrafi tego zrobić. Co więcej zatraca się w swoim nieszczęściu i poszukuje coraz bardziej dziwnych pomysłów na rozwój śledztwa. Martin prowadzi podwójne życie, które zagraża jego rodzinie. Nieświadomie wystawia ich na niebezpieczeństwo. Poza tym żyje w poczuciu winy, niespełnionych marzeń i frustracji. Tom z kolei jest zafascynowany swoim przełożonym. Stara się do niego upodobnić.  Jest także zazdrosny o jego sukcesy. Katja również ma do przepracowania traumy z przeszłości: trudne dzieciństwo, adopcja, akceptacja nowej rodziny, środowiska, własnej tożsamości.

Podobało mi się jak Sigge Eklund zbudował swoją powieść. Osoby pozornie nie związane z tematem, mają wiele do powiedzenia. A to  co wydobywa się z ich ust, burzy to co stworzyliśmy we własnej głowie. Nic nie jest takie, na jakie wygląda, a cała historia staje się o wiele bardziej skomplikowana, niż na początku sądziliśmy. To sprawia, że "W głąb labiryntu" czyta się z zainteresowaniem i uwagą do ostatniego słowa.










"W głąb labiryntu" Sigge Eklund, tł. Bogumiła Ratajczak, PWN, Warszawa 2015



Czytaj dalej...

Wielka rewolucja światopoglądowa, czyli... Uczeń Gutenberga, Alix Christie


We współczesnym świecie nie wyobrażalne byłoby sprzedawanie książek tworzonych pismem odręcznym. Prace nad każdym egzemplarzem trwałyby nieskończenie długo i diametralnie wzrosłyby koszty jej wytwarzania. Proces mechanicznego drukowania jest łatwiejszy, szybszy i tańszy. Nie chce się wierzyć, że w XV wieku druk wywoływał tak wiele emocji wręcz na granicy histerii, a jego twórcy byli uważani za bluźnierców, heretyków, wyznawców diabła.

W powieści "Uczeń Gutenberga"  Alix Christie zabiera nas w czasy gdzie księgi były oznaką bogactwa, wysokiego statusu społecznego. Kiedy ludzie czcili słowo odręcznie pisane, kiedy każda książka była dziełem sztuki, a każda zmiana była traktowana niczym trzęsienie ziemi, katastrofa, której skutków nie sposób było przewidzieć.

Peter Schöffer jest utalentowanym skrybą. Jeździ po świecie, oferuje swoje usługi i jednocześnie szpieguje dla swego ojczyma i kopiuje najpopularniejsze teksty. Na pilną prośbę rodzica wraca do Moguncji i zostaje uczniem Johanna Gutenberga, który potajemnie konstruuje prasę drukarską. Swoją pracą chce zachwycić cały świat, ale potrzebne mu do tego pismo godne najwyższego poświęcenia i ciężkiej pracy. W pierwszej kolejności ma być to Mszał, który ujednoliciłby sprawowanie Mszy Świętej w każdym Kościele na kuli ziemskiej. Jednak drukarz ma ambitniejsze plany. Sięga po Pismo Święte...

Alix Christie przeciwstawia sobie dwie męskie postaci, które ścierają się ze sobą przez całą powieść. Johann Gutenberg to utalentowany konstruktor, wizjoner, człowiek w gorącej wodzie kompany.  Jest cholerykiem, jest gwałtowny, wybuchowy, niecierpliwy. Posługuje się dosadnym językiem, nie owija w bawełnę i zawsze mówi to, o czym myśli. By utrzymać swoją pracę w tajemnicy, nie waha się uwięzić swoich czeladników, terminantów bądź co wieczór poić ich alkoholem. Peter Schöffer jest łagodnym, pokornym, utalentowanym skrybą. Uważa, że jego praca zbliża go do Boga, Jego nauk, Jego światła. W pierwszej chwili pracę nad prasą drukarską uważa za herezję, dopóki nie odnajduje harmonii, ładu, porządku, spokoju, który jest oświeceniem, palcem bożym i Jego poparciem. Zaczyna uczestniczyć w akcie tworzenia, doskonali czcionkę, metody zadrukowania stron.
Dopiero w duecie udaje im się stworzyć sprawnie działającą maszynę, która może przynieść zyski, sławę, rozpoznawalność.

"Gdzie leży granica między ciężką pracą a brzemieniem ponad siły?"

Praca nad pierwszą drukowaną książką nie jest łatwa. Wyselekcjonowanie odpowiednich składników na makietę czcionki, odporną na nacisk, czas, eksploatację. Ułożenie tekstu na każdą stronę z zachowaniem proporcji, odstępy pomiędzy literami, wierszami, zachowanie marginesów to była bardzo pracochłonna praca. Wyobraźcie sobie do tego permanentny brak gotówki i potrzebę utrzymania w tajemnicy swoich wielogodzinnych zmagań. A w tle roznieca się próba rewolucji kościelnej, wojny religijne ale także rozgrywają się dramaty rodzinne, ludzka zazdrość, ambicja, pożądanie, zdrada i poszukiwanie swojego miejsca w świecie gdzie tradycja musi w końcu ustąpić pola nowoczesności.
Alix Christie sama zajmuje się drukarstwem. W książce przemyciła wiele ze swoich doświadczeń, ale wplotła także wiedzę specjalistów, do których dotarła w trakcie poszukiwania materiałów. Powieść jest inspirowana monumentalną pracę Guya Bechtela o życiu Johanna Gutenberga, ale z przeprowadzeniem własnej interpretacji faktów. Zarówno Gutenberg, Peter Schöffer jak i wiele innych bohaterów występujących w książce to postaci autentyczne.

Gutenberg jest uznany za wynalazcę ruchomej czcionki, ale nie podpisał się jako wydawca żadnej drukowanej księgi. Sukces jego łacińskiej Biblii pozwolił mu na kolejne zlecenia takie jak: liczne bulle papieskie, kalendarze, listy odpustowe. Z nakładu, szacowanego na sto osiemdziesiąt kopii, do naszych czasów przetrwało czterdzieści osiem egzemplarzy Biblii Gutenberga, kompletnych lub we fragmentach.
Peter Schöffer był prekursorem przemysłu wydawniczego i pomysłodawcą wydarzenia znanego dziś pod nazwą Frankfurckich Targów Książki.

"Sukces zawsze jest wynikiem równania. Poświęcony czas plus materiały, oto prawdziwa cena."

"Uczeń Gutenberga" to powieść, która przenosi w czasy największej rewolucji światopoglądowej, której efekty możemy podziwiać dziś biorąc do ręki pierwszą lepszą  gazetę, książkę, podręcznik.









"Uczeń Gutenberga" Alix Christie, tł. Julita Mastalerz i Radosław Pieczyński, PWN, Warszawa 2015









źródło zdjęcia  Biblii Gutenberga- wikipedia.org






zBLOGowani.pl




Czytaj dalej...

Optymizm mimo wszystko, czyli... Moda w okupowanej Francji i jej polskie echa, Krzysztof Trojanowski



Francuski rynek mody lat 30- stych świecił triumfy na całym świecie, przynosił konkretne zyski i przeobrażał się w zawrotnym tempie. Francuzkom okrzepł prosty, szykowny, elegancki styl, a zapragnęły czegoś bardziej ekstrawaganckiego. Tak działo się do wybuchu II wojny światowej. Nagłe zubożenie narodu, reglamentacja towarów w ogromnym stopniu wpłynęło na kształtowanie się mody.

Ubiór okresu okupacji ponownie się uspokoił, zeskromniał i stał się manifestem godności i tożsamości narodowej. Bogate Francuzki w dalszym ciągu korzystały z usług krawców i kreacji haute couture, biedniejsze inspirując się projektami dyktatorów mody, same zaczęły szyć sobie odzież i we własnym zakresie tworzyły własny styl i wizerunek.

Dobra passa francuskich krawców nie umknęła uwadze nazistów, którzy za wszelką cenę chcieli przejąć ich wpływy, albo zniszczyć rynek. Zaczęli od ograniczenia paryskich domów mody. Od tej pory branża ta musiała okazać prawdziwy hart ducha, samozaparcie i odwagę by przetrwać trudny wojenny los.

Co ciekawe nie ustało drukowanie i sprzedaż prasy modowej tj. Elle, Vouge, Marie Claire, L'Art et la Mode, La Semaine, Elite, Mode du Jour.

Wojna wymogła również pewną kreatywność. Każda Paryżanka miała swój autorski sposób na ukrycie, a bardziej okrycie futerałów masek gazowych, które zawsze noszono przy sobie. Obszywały je skórą, tkaniną, plecionką. Niewiele później popularne stały się kroje w stylu militarnym. Garsonki zaczęły przypominać wojskowe umundurowanie. Bo stroje musiały być proste i jak najbardziej funkcjonalne by podczas alarmów przeciwlotniczych, w drodze do schronów wyglądać schludnie i elegancko.

Podobało mi się,że Francuzi wszelkie restrykcje i ciągłe próby utrudniania życia podczas okupacji, przekładali na własną modłę i próbowali uczynić z nich atut. Na przykład, ścisłą reglamentacja paliwa, a w prasie promuje się jazdę rowerem i sprzedaje specjalne stroje dla cyklistów i cyklistek. Albo skórzane niedostępne skórzane podeszwy do butów zastępowano drewnianymi. Robiono sandały ze starych opon, tworzono wełnopodobną przędzę ze starych, zużytych materacy.

"Z metra zaczęły również korzystać pozbawione samochodów arystokratki i przedstawicieli burżuazji. Utrzymywano nawet, że przyczyniły się one do spopularyzowania mody na krótsze sukienki wieczorowe, gdyż długie toalety za bardzo krępowały ruchy w biegu na stację, aby zdążyć na ostatni pociąg przed godziną policyjną."

Krzysztof Trojanowski szczegółowo opisał najpopularniejsze projekty, przedstawił sylwetki znanych kreatorów mody, przytoczył ich wypowiedzi i komentarze. Zaserwował czytelnikowi przegląd najważniejszych wydarzeń modowych, nowinki z wybiegów i świata kina.
Jego podróż krawiecką ścieżką dała możliwość poobserwować życie ówczesnych Paryżan, ich mentalność, słabostki, siłę, dążenie do perfekcji, poszukiwanie stylu, poczucie gustu i estetyki. To zatrzymane w kadrze, dosłownie i w przenośni, nie tylko fasony, kolory, tekstura ale i rys społeczeństwa na przełomie lat 30 i 40- stych.

Autor bardzo przystępnie przedstawia wyniki swojej pracy i potrafi wciągnąć w opowieść o modzie nawet wybrednego czytelnika. Dla mnie była to inspirująca podróż przez ogarnięte wojną regiony gdzie w brutalności wojny, bestialstwie rzeczywistości próbowano za wszelką cenę utrzymać swój narodowy wizerunek elegancji, szyku i klasy.







"Moda w okupowanej Francji i jej polskie echa" Krzysztof Trojanowski, PWN, Warszawa 2014








Czytaj dalej...

Mroczne, kontrowersyjne eksperymenty, czyli...Trupiarz, Ian Weir

ALEKSANDROWE MYŚLI POLECA* ALEKSANDROWE MYŚLI POLECA* ALEKSANDROWE  MYŚLI POLECA


Oszukać śmierć, wyrwać duszę z jej kościstych rąk i wskrzesić ją, przywrócić do życia to marzenie medyków i naukowców na całym świecie, od tysięcy lat. Wczesne eksperymenty lekarzy przeprowadzanych na zwłokach zdobytych w największym sekrecie, budziły przerażenie i masową histerię wśród społeczeństwa. Współcześnie, z pomocą coraz to nowocześniejszej aparatury, każdego dnia  przesuwamy granicę pomiędzy życiem i śmiercią. A kolejne doniesienia ze środowiska medycznego przyjmujemy ze zrozumieniem, ulgą, entuzjazmem, uznaniem. Bo przecież chcemy żyć długo i najlepiej szczęśliwie :) Nic więc dziwnego, że temat śmierci, ożywiania zmarłych rozpala wyobraźnię pisarzy, scenarzystów, reżyserów i nas zwykłych zjadaczy chleba.

Ian Weir również uległ fascynacji badań naukowych nad esencją życia, niewidzialnej granicy pomiędzy światami i dowodu na to, że nasze istnienie jest czymś więcej i nie traci znaczenia wraz ze śmiercią.

"Trupiarz" to specyficzna spowiedź Williama Starlinga, dziewiętnastoletniego asystenta chirurga i ocena czasów, w którym przyszło mu żyć. A nie był to łatwy okres w historii Wielkiej Brytanii. Właśnie skończyła się wojna z Napoleonem, która pochłonęła ofiarę życia tysięcy młodych mężczyzn. Gospodarka, społeczeństwo próbuje wrócić do równowagi i zamiast tragedii śmierci, skupić swoją uwagę na pięknie życia. Zgłębić jego naturę próbuje charyzmatyczny Dionysus Atherton, który w imię nauki nie obawia się eksperymentować na zwłokach wykopanych z miejscowych cmentarzy, rękami bezlitosnych trupiarzy. Jednak jego praca budzi zastrzeżenia moralne, przerażenie, masową histerię bo jej efektem jest człowiek, który nie ma prawa stąpać po ziemskim padole. Czy to sprytna sztuczka wpływowego anatoma, a może spełnienie marzeń o nieśmiertelności? Czy Will znajdzie odpowiedź na to pytanie? Co przyniesie poznanie prawdy?

"Czas wydaje się nieskończony, aż do chwili, gdy przestaje być."

"Trupiarz" to moja bajka. Lubię takie historie gdzie dreszcz niepokoju, odrobina przerażenia, szczypta makabrycznych wizji, potwornych zbrodni miesza się z brawurą, nieomylnością swoich dokonań, wiarą we własną wielkość. Jeżeli dodać do tego dokładny, drobiazgowy research pisarza, ogrom pracy włożonej w stworzenie realnych, złożonych postaci w wielowymiarowej, intrygującej historii osadzonej w czasach wiarygodnie historycznie i mentalnie, to ja mogę jedynie achać , ochać i wczytywać się, aż do zatarcia liter.

Ian Weir przedstawił wielowarstwowe społeczeństwo rządzące się własnymi prawami i pragnieniami- od bogatych domów w dzielnicy Mayfair, poprzez środowisko lekarskie, po nędzne speluny i lunapary w najpodlejszych zakątkach Londynu. Razem z trupiarzami wkraczamy w niebezpieczny świat korupcji i przemocy. Medycy odkrywają przed nami kulisy swego zawodu, gdzie wśród wrzasków, bólu, cierpienia pozwalają na obserwację rozwoju nauki i medycyny. Wśród grabieży, śmierci, rozkładu rozgrywają się ludzkie dramaty: życie w poczuciu winy, poszukiwanie siebie wśród zależności krwi i genów, nieodwzajemniona miłość, dręczące koszmarne obrazy wojny, zbrodnia, strata.

I XIX wieczny Londyn. Ach ten Londyn. Mroczny, klimatyczny, surowy. Z jednej strony stojący na straży prawa by z drugiej kpić z niego w żywe oczy. Bród, smród, kanały pełne martwych zwierząt, wulgarny nierząd na resztkach z pańskiego stołu. Samotność i drwina w dziecięcych przytułkach oraz narkotyczne wizje upadłych dam. Cudowna mieszanina tego co dobre i złe, białe i czarne, niewinne i grzeszne, moralne i rozpustne.

"Trupiarz" to książka nasiąknięta atmosferą powieści gotyckiej- mroczna tajemnica, bezduszna śmierć, szlachetny bohater i wygórowana cena za dążenie do poznania prawdy.






"Trupiarz" Ian Weir, tł. Agnieszka Śmiechowska, PWN, Warszawa 2014





Czytaj dalej...

Kryptonim Verity, Elizabeth Wein


"Kryptonim Verity" to opowieść o dwóch młodych dziewczynach, które zostały wciągnięte w tryby hitlerowskiej machiny śmierci, gdzie odnalazły prawdziwą przyjaźń i kres swojego honoru, heroizmu, bohaterstwa i wytrzymałości.

Julia Beaufort- Stuart i Maddie Brodatt nie mogą obojętnie przyglądać się jak ich świat staje w płomieniach, a przyszłość wali się w gruzy. Wstępują kolejno do WAAF, ATA, SOE i ramię w ramię z mężczyznami walczą o pokój i bezpieczeństwo swojej ojczyzny. Warunki bojowe, codzienne balansowanie na granicy życia i śmierci wpływa na zacieśnianie więzów. Julia i Maddie zaprzyjaźniają się i stają się sobie bliskie niczym siostry. Jedna za drugą wskoczyła by w ogień. Przeznaczenie szybko weryfikuje ich uczucia. Jedna z misji przyjaciółek kończy się rozbiciem samolotu w okupowanej Francji. Julia trafia w łapy gestapo, a Maddie zostaje przechwycona przez ruch oporu. Jaki los czeka obie kobiety? Czy uda im się zachować życie?

Przyjaźń Julii i Maddie nie budzi zdziwienia. Warunki, z którymi przyszło im się zmierzyć sprzyja zawieraniu bliskich więzów. Co więcej potrzebna jest bratnia dusza, która może stać się ostoją, punktem odniesienia w piekle wojny. Razem łatwiej przeżyć ostrzał, zwierzyć się ze swoich lęków i oczekiwać wsparcia czy podbudować emocjonalną równowagę. Przyjaciółka jest również gwarantem przetrwania pamięci. Dziewczyny choć młodziutkie, pokazały silny charakter i mocny kręgosłup moralny. Daleko im do infantylnych i naiwnych panienek, którym w głowie kolorowe szmatki i szybkie miłostki. Julia i Maddie są gotowe ponieść ryzyko i śmierć w imię wyższych wartości, w obronie pokoju, w obronie suwerenności, solidarności.

Dziewczyny doskonale radzą sobie w wojskowych strukturach, zdobywają zaufanie i pierwsze sukcesy. Dowództwo w uznaniu zasług podsuwa im coraz trudniejsze, bardziej wymagające zadania. Przyjaciółki pragną się wykazać i z entuzjazmem wyruszają w podróż do Francji. Jednak nic nie idzie po ich myśli. Najpierw katastrofa samolotu, rozdzielenie, brak kontaktu, niepewność, zaginięcie. Julia jednym nierozważnym gestem ściąga na siebie uwagę gestapo.  Zostaje aresztowana, torturowana, zmuszona do współpracy. Maddie nieprzygotowana do konspiracji musi się ukrywać, a jej powrót do domu staje się niemożliwy. W takich traumatycznych warunkach możemy poznać prawdziwe oblicze bohaterek, zweryfikować ich słowa i naturę ich relacji.

Gro historii poznajemy z perspektywy Julii, która w nazistowskim więzieniu pisze specyficzny pamiętnik, spowiedź z ostatnich wydarzeń swojego życia dla hitlerowca, który już wydał na nią wyrok, który skazał ją na śmierć. Mimo informacji, które przekazuje nie ogranicza to agresji i przemocy niemieckich oprawców. Ale i Julia nie jest pokorną więźniarką. Nie chce tanio sprzedać swojej wiedzy, swojej skóry, swojego życia. Przez swoje zachowanie skupia nienawiść śledczych ale i także współwięźniów, którzy oskarżają ją o kolaborację. Dziewczyna swoimi zeznaniami rysuje opowieść, której bliżej do przygodowej powieści niż formalnego przesłuchania. Długo skrywa swoją tożsamość, swoje cele, zwodzi gestapo ale i czytelnika. Opowieść Maddie jest tylko dopełnieniem słów Julie i puentą, na którą nie byłam gotowa.

"Za bezmyślne gadanie płaci się życiem."

Elizabeth Wein odkrywała karty i maskowała prawdę w taki sposób, że kolejne strony powieści były dla mnie zagadką, a postać Julie rozbudzała skrajne emocje od współczucia, żal poprzez niepewność po oburzenie, niezdecydowanie, rozgoryczenie. Zastanawiałam się czy jest obłudną dziewuchą, która za kilka fantów sprzedała swoich przyjaciół czy jest sprytnym, zdeterminowanym szpiegiem mogącym wywieść w pole aroganckich, cynicznych nazistów. Nie tak łatwo odnaleźć dowody jej winy czy akty heroizmu, a pełny obraz jej osoby poznajemy dopiero w finałowym momencie.

Nie znam perfekcyjnie II wojny światowej z perspektywy okupowanej Francji i tamtejszego ruchu oporu. Jednak skrawki wiedzy pozwoliły mi odróżnić co jest faktycznym obrazem ówczesnej rzeczywistości,  a co elementami płodnej wyobraźni, które mogły się wydarzyć na prawdę. Autorka przyznaje, że nie chciała i nie aspirowała do napisania podręcznika historii, a dobrej powieści przygodowej osadzonej w czasach wojny. I t się udało w stu procentach! Elizabeth Wein zadbała o autentyczność  podłoża historycznego, i choć czasem nagięła czasoprzestrzeń, to jestem w stanie jej to wybaczyć :) Podobało mi się, że autorka zachowała wiarygodność szczegółów takich jak: produkcja atramentu sympatycznego, użycie stalówek do badania krwi, żydowskie formularze recept czy historia pióra kulkowego, do których dotarła. Dodało to powieści potrzebnej autentyczności i przeżywania jej na innym poziomie.

Podobał mi się także sam sposób narracji utrzymany w stylu pamiętnika, który przypominał go również wizualnie, ze skreśleniami, podkreśleniami, dopiskami. "Kryptonim Verity" od początku do końca tworzy jedną, spójną całość z konkretną wizją i konsekwencją aktu twórczego.

"Kryptonim Verity" to jednoczesne spojrzenie na bestialstwo i tragedię wojny oraz siłę przyjaźni, której nie straszny wróg czy śmierć. Jest również nośnikiem pamięci o więzionych, torturowanych, pomordowanych, zaginionych, którzy poświęcili własne życie w walce o pokój, bezpieczeństwo, przyszłość.








Elizabeth Wein "Kryptonim Verity", tł. Anna Bańkowska, PWN, Warszawa 2014





Przyjemność z lektury zawdzięczam wydawnictwu PWN :)))


Czytaj dalej...

Zabij, jeśli potrafisz!, Susanne Mischke


Susanne Mischke za naszą zachodnią granicą została okrzyknięta królową niemieckiego kryminału. Od dwudziestu lat z sukcesem pisze i publikuje swoje książki. W Polsce jest zupełnie nieznana, a co wydawnictwo PWN postanowiło zmienić. "Zabij, jeśli potrafisz!" poszło na pierwszy ogień :) W internecie zdania na temat tej książki są podzielone. Jedni chwalą inni nie. Ja jestem zadowolona z lektury i zainteresowana innymi kryminałami autorki.

Z goteborskiej hali targowej zostaje uprowadzona dwuletnia dziewczynka, Lucie Hansson. Mimo szybkiej interwencji policji, dziecko nie zostaje odnalezione. Nie ma świadków wydarzenia, żadnego konkretnego tropu, żądania okupu. Nic. Rodzice zawieszeni pomiędzy nadzieją a rozpaczą, muszą na nowo ułożyć swoje życie.
Po czterech latach niepokoju, komisarz Forsberg i jego nowa partnerka Selma Valkonen odkrywają ślad, który może przynieść rozwiązanie w sprawie zaginionej Lucie. W tym samym czasie ojciec dziewczynki otrzymuje przesyłkę z dowodem życia swojej córki i nietypowym żądaniem. By odzyskać dziecko, musi zabić. Jak postąpią Hanssonowie?

Bardzo łatwo przyszło mi wczuć się w sytuację rodziców małej Lucie. Jestem mamą i zaginięcie dziecka bardzo mocno oddziałuje na moją wyobraźnię i emocje. Tym bardziej, że w mojej rodzinie zdarzył się podobny przypadek. Zostałam porwana, w biały dzień, z wózka pod sklepem. Na szczęście zostałam "pożyczona" do kolejki i oddana po kilkudziesięciu minutach. Jednak to, co przeżyła moja mama, nie sposób ogarnąć i zrozumieć. Dlatego z żywym zainteresowaniem śledziłam los Hanssonów. Niestety moja ciekawość nie do końca została zaspokojona. Susanne Mischke szybko przeszła od momentu porwania do wznowienia śledztwa po czterech latach. O emocjach rodziny Lucie czytamy jedynie z retrospekcji, po okrzepnięciu i po częściowym pogodzeniu się z nową sytuacją, powróceniu do rzeczywistości.
Za to doskonale obserwujemy ich zachowanie po otrzymaniu anonimowego listu z absurdalnym żądaniem. Czy jedno życie można okupić innym? Czy z pragnienia odzyskania dziecka, można usprawiedliwić zbrodnię? Małżeństwo roztrząsa to zagadnienie każde we własnym sumieniu i staje oko w oko ze swoimi tajemnicami, kłamstwami, mrocznymi sekretami.


Równie ciekawe osobowości skrywają się w sylwetkach komisarza Forsberga i Selmy Valkonen. Mężczyzna sam doświadczył utraty dziecka, jego nastoletnia córka uciekła z domu. Nie może jej odnaleźć, nie wie czy żyje... Dlatego sprawa Lucie Hansson jest dla niego priorytetowa i pragnie wyjaśnić co stało się tamtego dnia na goteborskim targu. Świeże spojrzenie wnosi Selma, outsiderka, wycofana, jakby zakompleksiona. To ona odnajduje pociąga za nitkę, która doprowadza ją do szokującego kłębka grzesznych namiętności, deprawacji, zbrodni. Oprócz rozwiązania zagadki zaginięcia Lucie, dociera do grupy przestępczej zajmującej się nierządem, pedofilią.

Akcja "Zabij, jeśli potrafisz!"  jest złożona i bardzo rozbudowana. Jednocześnie poznajemy trzy historie, które na początku nijak do siebie pasują. Jednak wraz z postępem fabuły szybko zaczynają się łączyć i prowadzić prosto do zaskakującego finału. Śledztwo choć z pewnymi trudnościami, zostało zgrabnie poprowadzone i wyjaśnione. Każdy trop sprawdzony, dokończony, jednoznaczny. Każdy element powieści nie pozostał w zawieszeniu, bez rozwiązania. Ściśle podlega głównemu wątkowi i nie odstaje od niego ani na milimetr. To lubię :)

"Zabij, jeśli potrafisz!" to oprócz typowego kryminału opowieść o urokach, mrokach, blaskach i cieniach rodzicielstwa.

"Istnieje świat, w którym rodzice nie kochają swoich dzieci, ponieważ nie wiedzą, jak to się robi. Świat, w którym liczą się tylko pieniądze, których nie ma; świat, w którym ojcowie znikają i nigdy nie chcą słyszeć o swoich dzieciach; świat, w którym ojcowie poddają się bólowi egzystencjalnemu, upijają się i strzelają do siebie w leśnej chacie."





Susanne Mischke "Zabij, jeśli potrafisz!", tł. Sylwia Miłkowska, PWN, Warszawa 2014





Czytaj dalej...

Co było przed tobą, Sarah Cornwell

Jaki wpływ na rodzinę ma osoba chora psychicznie? Czy bliscy wspierają się w ciążących na nich problemach, unikają rozmów na ten temat, a może przyjmują swój los na barki z całym dobrodziejstwem inwentarza i nie zastanawiają się nad tym, na co nie mają wpływu?

Część odpowiedzi przyniesie powieść Sarah Cornwell "Co było przed tobą".

Olivia Reed ma za sobą trudny rozwód, który mocno obciążył ją psychicznie. Chce przywrócić sobie i swoim dzieciom emocjonalną równowagę. W tym celu powraca do rodzinnego miasteczka Ocean Vista na wybrzeżu New Jersey, które kilkanaście lat wcześniej opuściła w pośpiechu gnana chęcią rozwiązania rodzinnej tajemnicy. Podczas letniego, leniwego relaksu dziesięcioletni syn Olivii znika jej z oczu. Daniel ma zdiagnozowaną chorobę afektywno dwubiegunową , co może znacznie utrudnić poszukiwania.

Początkowo trudno jest wczuć się w historię i sytuację Olivii, gdyż fragmenty z jej życia poznajmy naprzemiennie z buntowniczej przeszłości i niespokojnej teraźniejszości. Długo nie widać spójnego celu. Mniej więcej w połowie książki, fakty zaczynają się ze sobą łączyć  i tworzyć intrygującą całość. Najbardziej poruszającą częścią powieści jest dzieciństwo Olivii, która wychowywała się w niepełnej rodzinie. Jej matka była miejscowym jasnowidzem, medium, i która lubiła znikać w najmniej odpowiednim momencie, pozostawiając córkę bez opieki.

"Nauczyłam się gotować dla siebie w wieku ośmiu lat, podrabiałam podpisy na domowych rachunkach i w dzienniczku, wyczuwałam kogo mogę prosić o pomoc w nagłej sytuacji, a kto nigdy nie powinien wiedzieć o nieobecności mojej matki, żeby nie doniósł na nas do władz."

Oprócz tego matka dbała by córka trwała w kulcie zmarłych podczas narodzin sióstr bliźniaczek. Takie wychowanie nie sprzyjało zawieraniu nowych znajomości czy zawiązywaniu przyjaźni. Samotna, opuszczona próbowała odnaleźć sens w życiu. Pomogło jej w tym zainteresowanie fotografią, któremu oddała się bez reszty. W wieku piętnastu lat zaczęła się buntować: ucieczka z domu, alkohol, rozpoczęte życie seksualne. Przypadkiem poznaje dwie nastolatki, bliźniaczki, które są do niej łudząco podobne. Olivia podejrzewa, że są to duchy jej zmarłych siostrzyczek. Postanawia przeprowadzić śledztwo i odkryć kim są naprawdę.

Sarah Cornwell bardzo ciekawie ukazała rodzinę zdominowaną przez poważną chorobę psychiczną, która nie pozwala na harmonijne i spokojne dojrzewanie oraz stabilną przyszłość. Życie Olivii jest chaotyczne, podszyte lękiem i niepewnością o jutro. Nie potrafi żyć w zakłamaniu, swojej tajemniczej przeszłości, bez znajomości własnych korzeni, tożsamości. Kiedy udaje się jej wyrwać z uścisku nieodpowiedzialnej matki musi żyć ze świadomością choroby dziecka, której nie udaje się okiełznać, która staje się powodem trosk, zmartwień, problemów i kończy się rozstaniem.

Autorka bardzo długo podtrzymuje czytelnika w niewiedzy o motywach postępowania matki Olivii. Trzyma w napięciu i zainteresowaniu do finału kiedy z hukiem wybucha spektakularnym, zaskakującym rozwiązaniem. Muszę jednak ostrzec, że między retrospekcjami i teraźniejszością zaciera się granica, a przejścia są tak płynne, że można poczuć zawroty głowy od zmiennych miejsc, czasów i sytuacji. Nie wszyscy lubią takie mało wyraźnie odcięcie w fabule.

"Co było przed tobą" to opowieść o dysfunkcyjnej rodzinie, umiejętności wybierania pomiędzy dobrem własnym a dziecka, relacji na linii matka- córka oraz umiejętności przyznania się do błędu, swojej niemocy, bezradności, choroby.






Sarah Cornwell "Co było przed tobą", tł. Łukasz Szulim, PWN, Warszawa 2014






Czytaj dalej...

Myśleć- nowy portal wydawnictwa PWN

Mam przyjemność współpracować z wydawnictwem PWN więc oprócz obserwacji zapowiedzi i nowości książkowych, interesują  mnie inicjatywy podjęte przez jego włodarzy. Chciałabym się podzielić z Wami najnowszym dzieckiem PWN- MYŚLEĆ :)




„Myśleć” – nowy portal, nowe miejsce wymiany myśli 

Portal „Myśleć” powstał jako inicjatywa redakcji humanistyczno-społecznej Wydawnictwa Naukowego PWN. Jego celem jest popularyzacja nauki z obszaru filozofii, socjologii, historii, psychologii i pedagogiki.  

 „Myśleć” to miejsce dla żądnych wiedzy humanistów, którzy poszukują informacji o nowinkach ze świata nauki, o nowych książkach i wartych uwagi wydarzeniach. Mamy nadzieję, że nasz portal stanie się miejscem wymiany myśli dla ludzi zainteresowanych rozwojem współczesnej humanistyki – mówi Aleksandra Małek-Leśniewska, wydawca psychologii i pedagogiki. I dodaje: czytelnik znajdzie u nas diagnozy, prognozy, kontrowersyjne wywody, niezbite argumenty i odpierające je kontrargumenty,  klasyków i heretyków myśli – słowem, wszystko, co humaniści lubią najbardziej.

Dzięki publikowanym przez naszą redakcję artykułom, recenzjom i materiałom filmowym odwiedzający nas jako pierwsi dowiedzą się o nowościach naukowych, które będą rewidować spojrzenie na przeszłość, zmieniać rzeczywistość i kształtować idee na przyszłość! Chcemy inspirować i pobudzać do dyskusji – przekonuje Mikołaj Ratajczak, wydawca filozofii i socjologii.

Czytelnicy, którzy zapiszą się do newslettera Myśleć będą mieli także dostęp do bezpłatnych materiałów do pobrania. Więcej informacji: www.myslec.pwn.pl  




Czytaj dalej...

Doktor śmierć, Nicholas Kulish, Souad Mekhennet


II wojna światowa zakończona porażką Führera i Niemiec, zmusiła nazistów do ucieczki przed determinacją wojsk alianckich w dążeniu do ukarania sprawców zbrodni przeciwko ludzkości. Jednym z takich uciekinierów był Aribert Heim, który podobnie jak Josef Mengele, Adolf Eichmann czy Klaus Barbie zmienił swój życiorys, nazwisko i uciekł do kraju gdzie nie groziła mu ekstradycja, gdzie mógł żyć w spokoju, mógł śmiać się prosto w oczy wymiarowi sprawiedliwości i potomkom, rodzinie tych, których skazał na tortury, śmierć i zagładę.

Aribert Heim był zwykłym dzieckiem, nastolatkiem, mężczyzną, lekarzem. Nie wyróżniał się niczym szczególnym aż do wybuchu II wojny światowej. Wtedy to objawił swoją drugą naturę i w obozie koncentracyjnym w Mauthausen dopuścił się sadystycznych pseudomedycznych eksperymentów na więźniach. Jego "specjalnością" były zastrzyki z benzyny prosto w serce, operacje na przytomnych pacjentach i preparowanie czaszek. 

Tak opisują zwyrodnialca byli więźniowie obozu Mauthausen:

"Lekarz obozowy doktor Heim miał w zwyczaju zaglądać do ust więźniów, aby ocenić stan ich uzębienia. Jeśli zęby były w doskonałym stanie, zabijał więźnia za pomocą zastrzyku, odcinał mu głowę, którą później gotował godzinami, aż odchodziło od niej całe mięso, po czym gołą czaszkę preparował jako ozdobę na biurko dla siebie lub swoich kolegów."

"Heim regularnie uczestniczył w wymierzaniu więźniom kar cielesnych- dwadzieścia pięć do stu ciosów pałką- ale zamiast bić ich w pośladki, Heim zawsze celował w nerki, w rezultacie czego wielu z nich umarło z powodu wewnętrznych krwotoków." 

"Doktor śmierć" to rekonstrukcja trwającego kilkadziesiąt lat pościgu za Aribertem Heimem, który jakby szóstym zmysłem zdołał uciekać swoim prześladowcom prosto spod kajdanek. Jak to jest możliwe, że przez tyle lat jeden z największych zbrodniarzy zdołał uniknąć wymiaru sprawiedliwości? W zacieraniu śladów swojego miejsca pobytu pomagała niemiecka familia i sąsiedzi przekonani o jego niewinności oraz przybrana muzułmańska rodzina, której udało się niemal idealnie przysposobić Heima w Egipcjanina w mowie, piśmie, modlitwie. Z artykułu tygodnika "Spiegel" z początku 1979 roku w związku z ponowną udaną ucieczką Heima, wyłania się jasny przekaz: "unikanie wymiaru sprawiedliwości jest możliwe tylko dzięki zakrojonej na wielką skalę pomocy w postaci sygnałów ostrzegawczych, wskazówek, profesjonalnych porad prawnych oraz wsparcia finansowego." 

"Doktor śmierć" to również doskonały obraz niemieckiego społeczeństwa, które zaraz po wojnie nie dowierza w krzywdę jaką wyrządził Hitler i jego żołnierze. Utrudniają śledztwa nazistów, zafałszowują rzeczywistość, pomagają w ucieczkach. Kilkadziesiąt lat później pełna odmiana. Niemcy są gotowi rozliczyć się z przeszłością i sami domagają się ukarania winnych. Jednak czy nie jest za późno na skruchę? Nie żyje większość świadków i przestępców, pamięć nie chce współpracować...

Autorzy książki oprócz rozpracowania sylwetki Ariberta Heima skupiają się na odmalowaniu dokładnych wizerunków śledczych: Alberta Aedtnera- weterana Wehrmachtu i Szymona Wiesenthal- ocalałego z Holokaustu Żyda, obecnie najbardziej znanego łowcy nazistów; ich sylwetek, ich życiorysów, motywacji, gotowości do naginania reguł i determinacji, która napędzała ich do zdobywania kolejnych tropów nawet kosztem swojego zdrowia, relacji rodzinnych, stosunków społecznych.

Nie zdradzę czy udało się odnaleźć i skazać zbrodniarza, gdyż nie chcę psuć zainteresowanym przyjemności śledzenia tego wieloletniego pościgu za człowiekiem widmo, któremu udało się oszukać przeznaczenie. Wyjawię tylko tyle, że "Doktora śmierć" czyta się jednym tchem, z równomiernie narastającym zainteresowaniem.





Nicholas Kulish, Souad Mekhennet "Doktor śmierć. Aribert Heim. Bestia i zwyrodnialec", tł. Mariusz Gądek, PWN, Warszawa 2014








źródło zdjęcia A. Heima: wikipedia
Czytaj dalej...

Francuski romans, Jennifer Robson


WAAC (Women's Army Auxiliary Corps) to Pomocniczy Korpus Wojskowy Kobiet utworzony  w 1917 roku w celu zastąpienia kobietami mężczyzn na stanowiskach, które nie wymagały bezpośredniej walki, w ten sposób umożliwiając mężczyznom służbę na froncie. Zrzeszał prawie sześćdziesiąt tysięcy kobiet różnych klas społecznych. Dziś o organizacji WAAC nie wiadomo zbyt wiele, gdyż podczas bombardowań Londynu w latach 1940- 1941 jej archiwa zostały zniszczone. Co prawda istnieją źródła wiedzy na ten temat, ale trzeba się mocno napracować by je odkryć, znaleźć, opracować. I to właśnie dlatego, z racji uczczenia pamięci niezwykłych kobiet biorących czynny udział w Wielkiej Wojnie, Jennifer Robson napisała powieść "Francuski romans".

Lady Elizabeth Neville- Ashford nie czuje się dobrze w swojej roli. Nie chce być jedynie szlachcianką, żoną i matką. Pragnie się uczyć, podróżować i robić coś pożytecznego, a przede wszystkim marzy by wyjść za mąż z miłości. Jednak jest status towarzyski określają dawno ustalone, jasne, klarowne i niezmienne zasady. Wraz z wybuchem I wojny światowej Elizabeth ma nadzieję na niezależność. Czy starczy jej sił by być konsekwentną?  Wbrew woli rodziców wstępuje do WAAC i zostaje kierowcą karetki w szpitalu polowym we Francji. Tam spotyka kapitana Roberta Frasera, najlepszego przyjaciela swojego brata, który staje się powiernikiem przemyśleń i uwag o życiu, wonie, cierpieniu, śmierci i miłości.

Jak sam tytuł wskazuje Elizabeth i Roberta połączyło uczucie. Niestety nie przyszło ono w dobrą porę. Nie tylko musi zmagać się z konwenansami rządzącymi ówczesnym światem, ale i wojną, która niesie za sobą jedynie ból, rozczarowanie i śmierć. W takich warunkach, na gruncie przesiąkniętym krwią, nienawiścią wzrasta piękna, niewinna, romantyczna miłość, którą trudno będzie pielęgnować, ale która warta jest poniesionego trudu i cierpliwości.

Bardzo spodobała mi się kreacja głównej bohaterki, która początkowo wzrasta w nieświadomości otaczającego jej świata, przyjmującą z pokorą decyzje rodziców i próbującą dopasować się do ogólnie przyjętego szablonu. Wraz z dojrzewaniem zmienia się jej światopogląd i nie zamierza żyć tak jak jej przodkowie, rodzice, siostry. Chce niezależności, chce by jej życie nabrało znaczenia, chce być potrzebna. Przyjdzie jej stoczyć nie jedną walkę na trudnej drodze do samodzielności, odrębności. Droga ta będzie chwalebna bo w swoim dążeniu do udowodnienia własnej wartości trafi do szpitala polowego w pobliżu frontu podczas Wielkiej Wojny. Tam pozna uroki prawdziwego życia, z wszystkimi jego cieniami i blaskami.

Muszę pochwalić autorkę za autentyczność w kreowaniu tła historycznego. Wojenne realia przejmujące chłodem, przesiąknięte deszczem, ubłocone, uświęcone łzami, cierpieniem, heroicznymi czynami i śmiercią. Jennifer Robson bardzo sugestywnie, plastycznie oddaje realizm scen wojennych, tak że kanonada kul armatnich, ostrzał, wybuchy i dzika jazda karetką pogotowia pomiędzy lejami po bombach, w huku przyfrontowych walk wydają się namacalne i rzeczywiste do bólu.

"Francuski romans" ubogacają listy przesyłane pomiędzy bohaterami, w których zawiera się całe bogactwo uczuć od niepewności, poprzez strach, obawę o życie po niewypowiedziane wyznania miłości i czułości.

Lektura "Francuskiego romansu" okazała się wyjątkowo przyjemna i pozwoliła poznać losy niezwykłych a zapomnianych już kobiet, które w imię wyższych wartości oddały swoje umiejętności, swoje serce, czułość, opiekuńczość, często życie.





Jennifer Robson "Francuski romans", tł. Anna Studniarek, PWN, Warszawa 2014






Czytaj dalej...

Marcin Mastalerz "Miasto 44"


W rok siedemdziesiątej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego rynek wydawniczy i filmowy zalała fala publikacji dotyczących tego wydarzenia. Z wielkim zainteresowaniem śledzę nowe propozycje, gdyż ten etap historii Polski bardzo mnie interesuje. Obecnie najgłośniej jest o  "Mieście 44", a to za sprawą głośnego filmu w reżyserii Jana Komasy. Książka, która ukazała się pod tym samym tytułem jest adaptacją scenariusza filmowego w wykonaniu Marcina Mastalerza.

"Miasto 44" to opowieść o grupce przyjaciół, która stanęła na barykadach, z bronią w ręku by uwolnić Polskę spod jarzma niemieckiego okupanta. Powstańcami są młodzi ludzie, niedoświadczeni w boju mający gorące serce i ideały, które pozwoliły im poświęcić, postawić na szali swoją młodość, przyszłość, życie.

"Mieliśmy być wolni, jesteśmy niewolnikami rozkazów, których sensu nie sposób dociec. Miałam ratować życie, a zajmuję się głównie grzebaniem zabitych i dźwiganiem tych, którym już nikt pomóc nie zdoła. Miałam być łączniczką- sanitariuszką, jestem popychadłem. Miała być wielka przygoda, są pourywane ręce i nogi, spalone żywcem dzieci, przerażone oczy rannych próbujących bezskutecznie wepchnąć z powrotem  do brzucha kotłowaninę krwawych bebechów. "

Stefan, Kama , Biedronka, Olek, Beksa, Góral to indywidualne osobowości o skrajnie różnych poglądach. Jedni są zafascynowani walką i nie mogą doczekać się kiedy pozwolą im zabijać Niemców, inni są wycofani, wystraszeni ale dają się porwać zbiorowej histerii, inni nie są gotowi ginąć za Ojczyznę, uciekają, dezerterują, chronią siebie i swoje rodziny tak, jak potrafią. Jan Komasa i Marcin Mastalerz nie próbują moralizować i wytykać błędów dowództwa, dylematów moralnych Powstańców, postaw w obliczu zagrożenia. Chcieli pokazać ludzi cieszących się swoją młodością, poszukujących miłości, pochłoniętych ekstazą zrywu narodowego. To co doświadczyli, to co przeżyli nie sposób nazwać inaczej niż horror, koszmar, makabra.

"Śmierć, jeśli już, miała być bohaterska, z pieśnią na ustach i elegancką jak order dziurką od kuli w sercu. Są: powolne zdychanie, wycie z bólu i beznadziei, samotne dogorywanie pod gruzami, konanie w męce na środku ulicy, bezsilność, rozpacz, strach." 



Nie będę wypowiadać się co do poprawności historycznej książki gdyż jest wielu autorytetów w tej dziedzinie, którzy chwalą sobie przekaz i autentyczność  "Miasta 44", np.: gen, bryg. Zbigniew Ścibor- Rylski, dr hab. Andrzej Krzysztof Kunert, prof. Władysław Bartoszewski czy prof. Norman Davis.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to to, że Marcin Mastalerz zbyt uprościł przekaz książki. Co prawda opisuje co, jak, gdzie, kiedy, ale zabrakło mi w tym większych emocji. Zabrakło mi wnikliwości, finezji w portretowaniu bohaterów, ich uczuć, ich poświęcenia. Słowa są surowe, mało plastyczne, nie łączą się i nie przechodzą jedne w drugie, co daje zgrzyty, które mogą momentami irytować czytelnika z dużymi oczekiwaniami. Nie mniej jednak książkę czyta się rewelacyjnie, czego zasługą jest prosty język i filmowe fotosy, których jest bardzo dużo, i które przekazują o wiele więcej niż słowa, które uruchamiają wyobraźnię i w żaden sposób nie można już wyhamować tego procesu.

Historią tych młodych bohaterów żyję po dzień dzisiejszy, przeżywam to czego byli świadkami i ubolewam nad tym, że musieli oddać za ojczyznę najcenniejszy dar, jakim jest życie.

Książka Marcina Mastalerza będzie idealnym dopełnieniem filmu Jana Komasy, który zamierzam oglądnąć jak najprędzej.




Marcin Mastalerz "Miasto 44", PWN, Warszawa 2014














Czytaj dalej...

"Kondukt umarłych" czyli dobry dziennikarz tropi złe :)

Obrazek artykułu
Dziennikarskie śledztwo w czasach kryzysu dziennikarstwa śledczego. Nieprzystający do nowych realiów w mediach Hubert, główny bohater „Konduktu umarłych” (Rozpisani.pl, Grupa PWN), próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczo powiązanych morderstw.
Ślady zaprowadzą go do zagubionego wśród mazowieckich lasów kościółka i do bestii, miejscowego diabła, o którym opowiadają okoliczni mieszkańcy. Sprawy skomplikują się jeszcze bardziej, kiedy Hubert uczyni z tej dziwnej sprawy czołówkę „Kuriera Codziennego”, w którym pracuje. W czasie żałoby narodowej ogłoszonej po tym, jak samolot spadł pod Smoleńskiem, to po prostu niedopuszczalne. Wbrew wszystkiemu bohater będzie brnął dalej, mogąc liczyć a to na kufel piwa od osiadłego w Polsce Araba, a to na bimber wypity z musztardówki w towarzystwie przyjaciela.

Nowy kryminał Jerzego A. Wlazło zapewne ucieszy też czytelników poprzedniego. Jest prequelem „Kota Syjonu”, którego uznali za jeden z  „225 Najlepszych Kryminałów Ever”*. W przeciwieństwie do pierwszej książki, której akcja rozgrywała się w Walii, w „Kondukcie umarłych” tłem dla zbrodni jest między innymi Warszawa i krakowski rynek. Jednak lwia część książki rozgrywa się w Radomiu (stąd pochodzi mieszkający obecnie w stolicy autor) i okolicach. Poznajemy urokliwy kościółek w Bardzicach, Jedlnię Letnisko czy Przytyk. Można w tej książce odnaleźć charakterystyczne miejsca Radomia, jak Bistro w centrum miasta – Wlazło spędził w nim wiele dni i nocy, radomską katedrę, Muzeum Wsi Radomskiej, budynek przy ul. Kościuszki, w którym podczas II wojny światowej miało swoją siedzibę gestapo. Choć cała akcja jest fikcją, składają się na nią także prawdziwe sytuacje, w których pisarz uczestniczył. Dlatego wraz z głównym bohaterem poznajemy postaci, których pierwowzorów można by szukać w warszawskich i radomskich mediach, ale nie tylko. Jednym z nich jest nieżyjący już Wojciech Ozimek, znany i lubiany radomski dziennikarz, prywatnie przyjaciel autora.

„Kondukt umarłych” to czwarta książka Jerzego A. Wlazło. Za „Kota Syjonu był nominowany do Angelusa. Pod koniec sierpnia br., wraz ze Zbigniewem Pawlakiem opublikowali „Biesłan. Pęknięte miasto”, książkę poruszającą historię rozdartego Kaukazu w 10. rocznicę zamachu terrorystycznego w Biesłanie. Wlazło pisze też dla młodzieży – powieść „Na wczoraj” (wydana w formie ebooka) została dobrze przyjęta również przez starszych czytelników i w planach jest wydanie jej drukiem. Autor ma też w zanadrzu kolejną.  
Jerzy A. Wlazło, zanim został pisarzem, był dziennikarzem prasowym i radiowym. Prywatnie wielbiciel muzyki - Elvisa Presleya, The Beatles, Nicka Cave’a, Pavlov’s Dog i tysiąca innych, a także kawy z kardamonem i zbożowej. Jest miłośnikiem kotów, żółwi i Pałacu Kultury.

„Kondukt umarłych”
Data premiery: 17 września 2014; 300 stron

*Ranking można prześledzić m.in. tu:



 Kondukt umarłych – fragmenty

Nigdy na krakowskim rynku przed godziną siedemnastą nie było tak cicho. Nikt nie kupował kwiatów, żadna podkowa nie stukała o bruk. Nawet gołębie przestały spierać się między sobą o podarte torby z pobliskiego McDonalds’a. Rozkrzyczana jeszcze przed momentem wycieczka również zamarła na chwilę w milczeniu. Wreszcie ktoś nie wytrzymał.
– Ale lipa – parsknął blondynek z kręconymi włosami o twarzy amorka, który po raz pierwszy mógł podokazywać na niebiańskiej łące. – Siwy, przyznaj się, zajumałeś im ipoda!
– Dżeku! – zawołał chudy drągal o wyglądzie przerośniętego niemowlaka i ufarbowanych na biało włosach – zapodaj jaką muzę!
Któryś z chłopaków przycisnął do ust zwinięte dłonie i zatrąbił przeraźliwie. Kilka dziewcząt, które najwyraźniej rąbnęły swoim mamom nie te kosmetyki co trzeba, zapiszczało, jakby nagle stanął przed nimi Piotr Adamczyk.
A potem znowu wszystko gwałtownie ucichło. 8 maja 2010 roku o godzinie 17.00 nie popłynęły dźwięki hejnału mariackiego. Konieczny jeszcze przez chwilę rozglądał się bezradnie szukając jakiegoś ratunku w gęstniejącym wokół tłumie. Ale obce twarze nie wyrażały niczego poza bezgranicznym zdumieniem pomieszanym z lękiem. Gdy pęka niewidzialna nić łącząca życie ze światem bajek pozostaje jedynie strach.
Nagle Piotr się otrząsnął z chwilowego otępienia. Gestem przywołał opiekuna bachorów.
– Proszę na mnie czekać – rzucił i nie czekając na reakcję pobiegł w kierunku katedry i wejścia na wieżę.
Znał tu każdy kąt. Kochał Kraków miłością czystą i absolutną od najmłodszych lat, gdy razem z ojcem przemierzali kręte uliczki, zaniedbane podwórka, historyczne wizytówki pierwszej stolicy. Tu się urodził i to miasto było dla niego najpiękniejszym ze światów. Zwiedził niemal całą Europę studiując architekturę, ale drugiego takiego miejsca nie znalazł. Zawsze wracał. Każdego dnia oprowadzając znudzone wycieczki z tym samym biciem serca czekał na dźwięki zegarów, na hejnał, na ogień z pyska smoka wawelskiego. Każdy kamień należał do niego. Ale nigdy jeszcze...
Wbiegał na wieżę. 239 schodów. Wejście normalnym krokiem zajmuje niecałe trzy minuty. On przeskakiwał po kilka stopni doganiając unoszące się w górze głosy. Ktoś biegł tuż przed nim. No tak, na dole nie było strażnika. Chyba. Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Nie teraz. Zatrzymał się na szczycie schodów.
I natychmiast zamknął oczy.
* * *
Leszek Grzegorzewski przyjechał do Krakowa przed kilkoma laty. Serce nie sługa, a on zakochał się w dziewczynie. Ludzka rzecz. Poznali się w górach. On chodził po szlakach, ona spędzała urlop u rodziny. Jego towarzystwo poszło dalej, on został. Potem były telefony, SMS-y, wreszcie przyjechał z pierścionkiem. Jej rodzice pomstowali, że niby za mało się znają, że to jakoś tak szybko, ale zgodę dali. Ojciec, miejscowy wysoki działacz jednej z wiodących partii polskiej sceny politycznej, starą miejscową metodą nazywaną „a ponieważ” wystarał się Leszkowi o robotę. A ponieważ wiedział, że zięć grał na trąbce w kościele, a ponieważ jeden z hejnalistów odchodził na zasłużoną emeryturę, a ponieważ działaczom i patriotom się nie odmawia (szczególnie gdy córce trzeba znaleźć posadę, może być sekretarki u działacza), a ponieważ zbliżały się wybory i słowo działacza może wiele znaczyć, a ponieważ...
Uczciwie trzeba przyznać, że Grzegorzewski był lubiany przez kolegów z wieży. Prostolinijny, bez cienia fałszywych ambicji, znał swoje miejsce w szeregu, punktualny był, na trąbce grał czysto i z polotem. Wypić też lubił, ale wiedział kiedy i z kim. A jak co trzeba było, to z teściem też szło się dogadać.
Piotr znał Grzegorzewskiego, podobnie jak wszystkich hejnalistów i nie ukrywał, że go nie lubił. Wiedział, że głównym powodem niechęci jest fakt, iż cepr tylko dzięki protekcji dostąpił zaszczytu wykonywania hejnału mariackiego. Może on i jest dobry człowiek, ale jednak nie Krakus.
A właściwie był. Bo teraz leżał w kałuży krwi, a w jego szyi tkwiła pierzasta strzała. (…)

− Jesteśmy u źródła. Nasz diabeł narodził się tutaj. Upatrzył sobie tutejszą świątynię. A ja chcę wiedzieć, dlaczego wobec tego szlaja się po całym kraju.
− Odwaliło ci zupełnie? – zapytał Hubert bez nadziei na odpowiedź.
− To ty mnie szukałeś – przypomniał Dobrosław. – Nie podoba ci się, że mówię głośno to, czego się bałeś?
Zgrzytnęły obite blachą drzwi. Do izby wlały się przemoczone cienie. Śmierdziały deszczówką spod samochodowych kół na rampie kolejowej i lasem bez wyrazu.
− Po rozmowie z twoimi starymi zacząłem tropić miejscowego diabła. Mówią tu na niego Kusy. To nasz, najbardziej polski ze znanych diabłów. Taki trochę niższej kategorii, ale też nasze ambicje w tej materii chyba nigdy nie były największe. Może poza Twardowskim. 

Hubert uśmiechnął się mimowolnie.
− Pierwszy Polak na Księżycu – mruknął i w tym momencie kolejny piorun uderzył w ziemię. Aż jęknęła. Cienie oderwały się od wejścia i bezgłośnie sunęły bliżej kominka. Hubert zobaczył ze zdziwieniem, że Dobrosław się śmieje.
− Polaka na Księżycu to ty zobaczysz, jak już wszystkie ptaki przestaną fruwać. Twardowski był Niemcem, synku, nazywał się Laurentius Dhur i był potrzebny Zygmuntowi Augustowi, żeby mu po śmierci Barbary Radziwiłłówny pod postacią ducha przemycać kochankę do sypialni.
Za oknem wzmógł się szum deszczu. Wicher zagwizdał w drzazgach rozpadających się desek. Nie brzmiało to jak wycie diabła. Cienie zgęstniały wokół nagrobnych zniczy. Zmaterializowały się. Zacieśniły krąg.
− No i znalazłem ich tutaj – Dobrosław wrócił do tematu. – Oto są ludzie przeklęci.
Hubert mimo woli wstrzymał oddech. Może była to reakcja na słowa Dobrosława. A może na wszechogarniający smród. W nikłym blasku cmentarnych świec pojawiły się przemoczone łachy pamiętające czasy narodzin rock’n’rolla. Tamta muzyka też była brudna. Pytanie, czy aż tak.
Dobrosław wykonał pół gestu zapraszającego do stołu. Drugie pół zginęło w ciemności. Łachmany usiadły po obu stronach ławy. Cisza brzmiała wyczekująco. Dobrosław jakby nie zwracał na nich uwagi.
– Kiedy po rozmowie z twoimi starymi zadzwoniłem do tutejszego proboszcza powiedział mi o nagłym wybuchu zabobonnego lęku przed Kusym. Pewnie jako ksiądz powinien się z tego cieszyć, ale to inteligentny facet. Gusła go interesują jako obiekt badawczy. Przy całej swojej bezsprzecznej wierze jego podejście do religii jest zadziwiająco materialistyczne. Dlatego jakoś nie wierzy w diabła biegającego we włochatej skórze po lesie i świecącego czerwonymi oczami. Zdradził mi, że ma pewne podejrzenia – spojrzał wymownie na ponure postaci, którym czerwony blask świec rysował dodatkowe zmarszczki, odzierając ich twarze z ułudy łagodności. Jak drewno porysowane dłutem wściekłego rzeźbiarza, nim nie wydrze ostatniej zbędnej drzazgi kłującej poczucie estetyki.
Mężczyzna siedzący z brzegu stołu zsunął przemoczony kaptur. Ku zaskoczeniu Huberta miał gładko zaczesane szpakowate włosy, starannie wypielęgnowany tygodniowy zarost. Oparł brudne splecione dłonie o blat.
– Nie my stworzyliśmy Kusego – powiedział. Miał lekko zachrypnięty głos, którym posługiwał się śpiewnie, jak knajpiany muzyk nad ranem, gdy liczy na ostatnie napiwki kompletnie pijanych klientów eleganckiego baru na skraju przepaści.
– Przedstawiam ci bractwo przeklętych – Dobrosław szturchnął Huberta dość mocno w ramię. – Miejscowi boją się ich nie mniej niż Kusego. Tylko, że na nich czosnek nie działa.
– Na Kusego też nie – mruknął szpakowaty. (…)


Czytaj dalej...

Terri L. Austin "Caffe criminale"


Przychodzi taki czas kiedy plucha za oknem wpędza w nastroje depresyjne nawet największego optymistę. Moim najskuteczniejszym sposobem na takie momenty jest humorystyczna, nieskomplikowana i niezobowiązująca lektura. "Caffe criminale" Terri L. Austin doskonale nadaje się na takie właśnie chwile.

Dwudziestoczteroletnia Rose Strickland studiuje księgowość i jest kelnerką w barze Ma w Huntingford. Jej życie niczym nie odbiega od życia przeciętnej młodej kobiety. Do czasu kiedy jej przyjaciel prosi o przechowanie plecaka i znika bez śladu. Miejscowa policja nie jest skłonna rozpocząć poszukiwania. Uważają, że chłopak  ma tendencje do tajemniczych wyjazdów i tym razem jest tak samo. Wściekła Rose postanawia odnaleźć Axa samodzielnie. Prywatne śledztwo naprowadza ją na ślad nielegalnego hazardu, podejrzanych interesów, afery korupcyjno- politycznej,  i gangstera, który stoi na jej czele. Ta przygoda może zakończyć się nieprzyjemnie...

Główną bohaterką tej powieści jest wesoła, zadziorna, pełna sprzeczności Rose Strickland. Dziewczyna szuka akceptacji, celu i swojego miejsca na ziemi. Nie ma pojęcia co zrobić z własnym życiem. Wychowywała się w zamożnym domu gdzie apodyktyczna matka stawiała wszystkim własne warunki i wymagania. Ten kto nie chciał się temu podporządkować, musiał sam zadbać o swoje potrzeby. Ojciec nigdy nie stanął w obronie swych dzieci, a Rose nie chciała być marionetką w rękach rodzicielki. Musiała zatem wyprowadzić się z domu i zacząć żyć na własny rachunek. Moralnie wspiera ją starsza siostra, która choć życie pod linijkę, według standardu swojej matki nie chce tracić kontaktu z Rose i w tej jednej sprawie buntuje się. Swoje wsparcie okazują również przyjaciele Roxy i Ax oraz szefowa baru, siedemdziesięcioletnia Ma.

Ax okazał Rose najwięcej serca. Tuż po dramatycznej kłótni z matką i wyprowadzce z rodzinnego domu pomagał jej jak mógł, by wróciła do równowagi emocjonalnej i egzystencjalnej. "Był dobrodusznym ciamajdą z pasją komputerową i skłonnością do nagłych wybuchów. Oboje nie pasowaliśmy do naszego środowiska, no i oczywiście sprawialiśmy rodzicom straszliwy zawód. "
Kiedy chłopak popada w kłopoty, pomoc jest oczywistym zadośćuczynieniem za okazane serce ale i dowodem ogromnej przyjaźni i lojalności.
Pomocnikami w śledztwie Rose są wyżej wspomniane Roxy i Ma, co jest powodem wielu zabawnych sytuacji. Wydaje się, że rzucająca się w oczy fanka mangi i dziwacznych strojów oraz siedemdziesięcioletnia staruszka z góry skazują całe przedsięwzięcie na nieprzewidywalność i zamieszanie. I tu niespodzianka. Podjęte kroki dość gładko pozwalają im odkryć wielką aferę i ludzi, którzy są za nią odpowiedzialni. Świadomość przestępstwa prowadzi z kolei do niebezpieczeństwa i realnej wizji śmierci, której Rose dość często musi zaglądać w oczy.

W śledztwie młodej detektywki, dość skutecznie, próbują przeszkodzić miłosne emocje. Na jej drodze stanie dawna sympatia, przystojny adwokat, seksowny gangster i niebezpieczny psychopata.

"Caffe criminale" to powieść lekko stylizowana na kryminał, w której samo śledztwo jest mniej wyeksponowane niż przyjaźń i dylematy życiowe czyhające na młodych ludzi u progu życia. Książkę czyta się rewelacyjnie. Czego zasługą są fantastyczni, bogaci w emocje, doświadczenia bohaterowie oraz ich przygody, które choć nie do końca realne, to zajmujące uwagę, bawiące wszelakimi wpadkami i emocjonujące moralno- miłosnymi manewrami.

Jestem bardzo ciekawa jak potoczą się losy  Rose oraz jej przyjaciół  i już niecierpliwie oczekuję na kolejne tomy serii :)





Terri L. Austin "Caffe criminale", tł. Anna Skucińska, PWN, Warszawa 2014





Czytaj dalej...

Michele Zackheim "Ostatni pociąg do Paryża"


Czy jesteśmy w stanie poświęcić dla miłości własną wolność, rodzinę, życie? Czy miłość wymaga takiej ofiary? A jeżeli nie potrafimy zapłacić za nią tej ceny, to czy na nią zasługujemy?  Czy w takiej sytuacji mamy prawo oczekiwać pełnego oddania, adoracji, atencji, wierności?

To właśnie miłość, jej wszelkie odmiany i konsekwencje jest tematem przewodnim powieści Michele Zackheim "Ostatni pociąg do Paryża". Jej bohaterką jest młoda, nowojorska dziennikarka Rose Manon, która rozpoczyna pracę w dziale towarzyskim "Kuriera Paryskiego". Nie jest to spełnienie jej zawodowych aspiracji. Z czasem jej talent i profesjonalizm zostaje zauważony przez redaktora naczelnego. Jako jedna z nielicznych kobiet zostaje korespondentem politycznym w Berlinie. Są lata trzydzieste. Hitler dochodzi do władzy, a nazizm rozrasta się w niszczącą siłę prześladowań i antysemityzmu. Rose w swoich reportażach opisuje pogarszające się warunki życia narodu żydowskiego. Jednocześnie nawiązuje romans z utalentowanym grawerem Leonem. Początkowo miało to być jedynie przelotne uczucie, a które w obliczu niebywałego okrucieństwa nazistów, masowych sterylizacji czarnoskórych dzieci zamieszkujących Nadrenię i brutalnej, makabrycznej w skutkach Nocy Kryształowej, rozwinęło się w głęboką relację. Czy ich miłość ma szansę przetrwać wojenną zawieruchę i jaki rachunek wystawi im los?

Praca Rose Manon w Paryżu a potem Berlinie ma podwójne znaczenie. Po pierwsze jest ucieczką z domu rodzinnego, po drugie spełnieniem jej zawodowych aspiracji. Rose nigdy nie czuła się kochana i akceptowana. Jej egocentryczna, apodyktyczna matka preferowała zimne wychowanie, bez okazywania uczuć i z rosnącymi z roku na rok wymogami. Dziewczyna nie mogła również liczyć na uczucie ojca. Osamotniona, rozżalona dorastała na równie zimna i wyrachowaną kobietę. Rodzina ukrywa przed Rose jej żydowskie korzenie, odsuwa ją od religijnych obrzędów, co dodatkowo wpływa na jej poczucie własnej wartości, przynależności, znaczenia jej życia w szerszym kontekście. Z początku trudno mi było polubić Rose. Jej bezemocjonalne, chłodne, zdystansowane podejście do życia budziło moja irytację. Jednakże te cechy doskonale sprawdziły się w zawodzie, który wykonywała. Rzeczowa i rzetelna przy zbieraniu materiałów, rozkwitała emocjonalnie przelewając swoje myśli na papier.

Wydarzenia zawarte w książce poznajemy na dwóch płaszczyznach czasowych: lata trzydzieste i dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Rose Manon oprowadza nas po swoim życiu naprzemiennie głosem młodej dziewczyny u progu kariery zawodowej oraz staruszki podsumowującej swoje życie, uznanej dziennikarki i pisarki. Według słów bohaterki ukształtowały ją trzy znamienne wydarzenia: porwanie i zamordowanie znanej aktorki Stelli Mair- prywatnie kuzynki Rose, antysemickie prześladowania i II wojna światowa oraz miłość.
Michele Zackheim wszystkim tym wątkom dała równorzędne znaczenie i przez co moim zdaniem, żadne nie jest tak do końca dopracowane i idealnie spójne. Nie nachodzą na siebie, nie zazębiają się. Mam wrażenie, jakby trochę na siłę próbowano je do siebie dopasować, co dało odczucie chaosu, zagubienia, wahanie, niepokój. Ale być może to tylko moje odczucie.

Życie miłosne Rose jest bogate w emocje i dla niej samej i dla czytelnika. Początkowo kobieta bardzo lekko podchodzi do romansu. Zaczyna nabierać znaczenia dopiero kiedy dziewczyna staje się świadkiem przemocy, prześladowań, ucisku narodu żydowskiego i innych mniejszości narodowych. Okazuje się, że nie jest sama na świecie, a jej głos ma znaczenie. Pod dyktando własnych doświadczeń zmienia się emocjonalność jej tekstów, co w późniejszym czasie wpływa na jej popularność.

"Ostatni pociąg do Paryża" to mimo kilku mankamentów ciekawa opowieść o miłości, o sile nienawiści, fanatyźmie, antysemityźmie i wojnie, która zmieniła oblicze świata.




Michele Zackheim "Ostatni pociąg do Paryża", tł. Magdalena Rabsztyn, PWN, Warszawa 2014




Czytaj dalej...

James Carol "Lalki"

Współczesne kryminały, powieści sensacyjne i thrillery pomału opanowują policyjni profilerzy. Ich wkład w pracę detektywów i skuteczność w łapaniu przestępców staje się  kluczowy, a ich zawód coraz bardziej prestiżowy.

Jefferson Winter jest słynnym i bardzo skutecznym amerykańskim profilerem. O konsultacje proszą go detektywi z całego świata. Jest znany z niesubordynacji, ekscentryczności ale i geniuszu w rozpracowywaniu sylwetki psychologicznej seryjnych morderców. Tym razem na zaproszenie londyńskiego Scotland Yardu zaczyna tropić psychopatę, który porywa i torturuje młode kobiety. Nie morduje ich ale przeprowadza lobotomię, która skazuje je na życie w stanie wegetacji. Nie są w stanie pomóc w uchwyceniu sprawcy więc Winter jest zmuszony wykorzystać całą swoją wiedzę i intuicję by nie dopuścić do kolejnych porwań.

Jefferson Winter to trzydziestotrzyletni outsider, co doskonale sprawdza się w jego pracy i podróżach po całym świecie. Wśród innych profilerów wyróżnia się wysokim wskaźnikiem IQ, ekscentrycznym działaniem na granicy prawa, naginaniem zasad, instynktem i niebywałą intuicją. Jest znany w środowisku policyjnym, a jego zdolności chętnie wykorzystywane. Jest jeszcze coś, co nie czyni z Wintera zwykłego śledczego. Ojcem Jeffersona jest jeden z najsłynniejszych seryjnych zabójców w Ameryce. Młody mężczyzna całym swoim życiem próbuje odżegnać się od złej sławy rodzica i zastanawia się czy mordercze geny mogą być dziedziczne. Czy pokrewieństwo ze zbrodniarzem ma wpływ na jego pracę, intuicję, doskonały "nos" do wszelkich dewiacji i sposobie myślenia zwyrodnialców?

Wydarzenia rozgrywające się w Londynie poznajemy z dwóch różnych perspektyw. Jednym z narratorów jest Jefferson, który dokładnie i szczegółowo opisuje to, co obserwuje. Jesteśmy świadkami jego relacji z policjantami, podejrzanymi, świadkami, nietypowych metod śledczych, procesu dedukcji i oceny sytuacji. Poznajemy również jego przeszłość, obawy, odczucia, przemyślenia.  
Drugim jest narrator wszechwiedzący, który relacjonuje historię od strony poszukiwanego psychopaty. Poznajemy jego działanie, mamy świadomość cierpienia ofiary i niemal na własnej skórze odczuwamy potrzebę jak najszybszego poskładania elementów mrocznej układanki.

James Carol jest bardzo dokładny w tworzeniu klimatycznej atmosfery swojej powieści. Rysuje sylwetki bohaterów z zachowaniem każdego szczegółu, a opisy wydarzeń,  miejsc, emocji są tak drobiazgowe, ze same wizualizują się w wyobraźni czytelnika. Od samego początku umiejętnie łączy tajemnicę i rozdaje wskazówki by wzbudzić zainteresowanie i trzymać nerwy na wodzy napięte z emocji i oczekiwania, co dodatkowo odkręca naprzemienna narracja, stopująca się w kluczowych momentach.

"Lalki" to dobry, trzymający w napięciu thriller osadzony w klimatycznym Londynie utrzymanym w zimowym anturażu. Chłód otoczenia koreluje z energią Wintera, przerażającą przewidywalnością psychopaty i cierpieniem młodych kobiet.
Polecam miłośnikom gatunku ceniących harmonię lekkiego pióra z intrygującą treścią.






James Carol "Lalki", tł. Ewa Kleszcz, PWN, Warszawa 2014




Czytaj dalej...

Administrator strony Aleksandrowe myśli korzysta z systemu komentarzy Disqus. Adresy IP i adresy e-mailowe są przechowywane przez administratora Disqus'a. Zakładając stronę na platformie Disqus wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych.
Aleksandrowe myśli © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka