Uwaga!


Wszystkie teksty zawarte na blogu Aleksandrowe myśli, chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.

Translate

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat obyczajowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat obyczajowy. Pokaż wszystkie posty

Pomiędzy nami góry, Charles Martin // Życie na szali...


Życie na szali...

Człowiek w pełni poznaje siebie i swoje możliwości wtedy, gdy jego bezpieczeństwo, a nawet życie zostaje wystawione na próbę. Wtedy również może poznać wszystkie swoje cechy charakteru. Te, które rozwiną osobowość i te, które zostawią rysę na człowieczeństwu. 

Charles Martin to amerykański powieściopisarz, którego utwory zawsze łapią mnie za serce. Jego bohaterowie z reguły mierzą się z zadaniami, które w pierwszej chwili wydają się nie do rozwiązania. A jednak zawsze znajdzie się jakieś wyjście, które nie tylko pozostawi trwały ślad, ale i stanie się wartością koronującą osiągnięcia. 

Tak samo jest w przypadku powieści „Pomiędzy nami góry”, która z powodzeniem została zekranizowana, czego efekt mogliśmy niedawno oglądać w kinie. 

Ben wraca do domu z medycznej konferencji. Burza śnieżna dość brutalnie stopuje jego podróż. Nagła przerwa owocuje dość nietypową znajomością z felietonistką jednego z poczytnych czasopism. Kobieta musi dotrzeć do domu na ślub, swój własny. Benowi udaje się wynająć mały samolot. Zabiera ze sobą Alex. Niestety, ich samolot rozbija się w górach. Cudem ocaleli z katastrofy, muszą przetrwać srogie warunki i spróbować dotrzeć do cywilizacji.

Ben jest znanym i cenionym ortopedą. Bardzo angażuje się w pracę i udoskonaleniu swojego warsztatu Jest też lekarzem z powołania, który nie spocznie, póki nie wyczerpie wszystkich możliwości z zakresu medycyny, ale także i swoich sił. Dokształca się, poznaje, referuje, udziela się na wielu konferencjach medycznych. Powrót z jednej z nich zmienia jego życie.
Alex jest felietonistką równie znaną i docenianą. Jej błyskotliwa kariera, to spełnienie marzeń i pasja, która napędza ją do życia. Potrafi znaleźć interesujący temat dla swoich tekstów w najmniej sprzyjających warunkach. Ben to łakomy kąsek dla jej dziennikarskiego nosa.

Katastrofa lotnicza, której są ofiarami, całkowicie zmienia ich punkt odniesienia, ich postrzeganie świata, człowieka, siebie samego.

Wrak samolotu rozbił się na górskim płaskowyżu. Nigdzie nie widać zabudowań, brak zasięgu telefonicznego, zboczenie z kursu, roztrzaskany system namierzania stawia ich na straconej pozycji. Nikt nie wie, że lecieli tym konkretnym samolotem, nikt nie wie, że się rozbili, nikt ich nie szuka... Są zdani tylko i wyłącznie na siebie.
Obrażenia, jakie odnieśli podczas katastrofy oraz samo miejsce zderzenia, daje im nikłą nadzieję na ratunek. Mimo to chwytają się tej cienkiej nici i krok po kroku mierzą się z przeciwnościami losu.

Charles Martin nie oszczędza swoich bohaterów. Kładzie na ich barki ciężar nie do udźwignięcia. Lekarz i dziennikarka muszą okiełznać surowe warunki bytowe, brak pożywienia i picia, dotkliwy chłód oraz ból połamanych kończyn i przejmujący strach o swoją przyszłość i życie. Jedynym plusem jest to, że oboje przeżyli, są razem i we dwoje mogą stawić czoło kolejnym przeszkodom. Autor bardzo realistycznie zbudował atmosferę ciągłego niepokoju podszytego głęboką obawą o życie i bezkresnego cierpienia zarówno fizycznego, jak i psychicznego. To, co ratuje ich przed depresją, przed poddaniem się i utratą nadziei jest odrobina czarnego humoru i rozmowy, które dają im ogromną wiedzę na temat partnera niedoli, ale także uzmysławia im, co w życiu jest ważne, co przegapili, a co mogą naprawić. Konwersacja zbliża ich ku sobie, buduje ich wiarę i przyjaźń.

Nie tylko atmosfera powieści jest rzetelnie przedstawiona. Także sami bohaterowie wzbudzili moje  zaufanie. Ich zachowanie jest adekwatne do zdobytej wiedzy i umiejętności. Doskonały research Charlesa Martina zaowocował przemyślaną i spójną koncepcją powieści oraz doskonałym wystopniowaniem trudności kolejnych wydarzeń. Ben czy Alex nie są cudotwórcami, ale potrafią wycisnąć wiele z dostępnych dla nich przedmiotów. Doświadczenie bohaterów pozwala bez mrugnięcia okiem uwierzyć w rozwój sytuacji. 

W „Pomiędzy nami góry” katastrofa lotnicza i walka o życie to bardzo poruszający spektakl, który tuż przed owacją na stojąco, odkrywa swoje drugie dno. Równie ważna okazuje się walka ze swoimi słabościami, walka o swoje marzenia oraz umiejętność wybaczenia sobie błędów i godzenia z się z nieuniknionym. 

„Pomiędzy nami góry” to dotąd najlepsza przeczytana przeze mnie powieść Charlesa Martina.








„Pomiędzy nami góry” Charles Martin, wyd II, Edipresse, Warszawa 2017





Czytaj dalej...

Bez mojej zgody, Jodi Picoult



Rola rodzica to piękne, radosne, trudne, a czasem bolesne doświadczenie wymagające wiele wyrzeczeń.

Każde z tych emocji bardzo wnikliwie przeżyła zwykła, niewyróżniająca się amerykańska rodzina Fitzgerald. Dotknięci śmiertelną chorobą starszej z córek, muszą nie tylko sprostać przeciwnościom wymuszanym przez nowotwór, ale okiełznać charaktery swych dzieci i wychować ich na przyzwoitych ludzi.
Dlatego ogromnym zaskoczeniem jest dla nich pozew Anny, młodszej z córek, w którym domaga się samostanowienia o sobie, uszanowania swoich decyzji, swojej przyszłości. Co skłoniło dziewczynę do tak drastycznego kroku?

Nowotwór, ostra białaczka promielocytowa, na którą cierpi Kate, wyznacza rytm życia rodziny Fitzgerald. Wszyscy muszą się podporządkować terminom badań, lekarskich kontroli, czasu remisji i ciężkich nawrotów choroby. Rodzice w walce o zdrowie jednego z dzieci zapominają, zaniedbują dwoje pozostałych. Każde z nich na własny sposób radzi sobie z odrzuceniem, rozczarowaniem i brakiem bliskości mamy i taty. Wpędzają się przy tym w mniejsze i większe problemy, które zamiast jednoczyć rodzinę jeszcze bardziej ich od siebie oddalają.

Jodi Picoult jest mistrzynią gatunku i sięgając po jej książki wiem, że czeka mnie genialna literacka uczta. Tak było i tym razem. Autorka pozwoliła mi wejść w skórę każdego z bohaterów powieści, poznać historię z kilku perspektyw i spojrzeć na świat oczami wystraszonego, nieumiejącego pogodzić się z chorobą córki Briana czy zdeterminowanej i niepoddającej się matki. Obserwujemy poczynania Jessego, Anny, Kate i wierzymy w to, co nam przekazują.  I tu tkwi haczyk. Bohaterowie nie mówią całej prawdy. Żeby ją poznać, trzeba czytać między wierszami, trzeba wnikliwie obserwować rodzinne powiązania i zależności, a i tak istnieje szansa, że źle oszacujemy intencje, mylnie okażemy współczucie, błędnie wzniesiemy oskarżycielski palec. Rodzicielstwo, macierzyństwo nie ma tylko jednej strony, niewzruszonej , niezmienianej, ścisłej, hermetycznej. Uczucia i emocje zmieniają się wraz z wiekiem dzieci, okolicznościami, wyzwaniami. Dla dobra swoich dzieci rodzic jest gotowy na heroiczny wysiłek, jest w stanie znieść niemal wszystko i doświadczyć wszystkiego bez poczucia winy, bez zbędnego patosu i oczekiwania na laury, na poklask, na uznanie.

Sara Fitzgerald najbardziej na świecie pragnie zdrowia dla swojej córki i nie zawaha się wykorzystać każdej szansy, którą przyniesie jej los. Czy czytelnik ma prawo osądzać jej zachowanie? I czy poznając całą historię Kate i Anny będzie potrafił przyznać się do pochopnych, błędnych osądów?

Jodi Picoult z wyczuciem dawkuje nam emocje i wprawia serce w nieregularny rytm bicia. Zastosowany trik z naprzemienną narracją nawarstwia ciekawość, niecierpliwość i zmusza do sięgania po książkę w każdej wolnej chwili. Kontrowersyjny temat choroby, walki z nią, walki o samodzielność i decydowanie o życiu i śmierci oraz obraz powolnego rozpadu rodziny zmusza do refleksji, zajęcia stanowiska w sprawie.

"Bez mojej zgody" to zdecydowanie jedna z najlepszych książek autorki. Czytałam ją dawno temu ale nie mogłam sobie odmówić przyjemności z ponownej lektury. Tym razem w wersji audio. Swojego głosu użyczyła Magdalena Karel, która moim zdaniem nie wykonała najlepiej swojego zadania. Nie podobała mi się jej ekspresja. Wydawała się sztuczna, napuszona,  nietrafiona. Na szczęście genialna fabuła pozwoliła się zatracić i zapomnieć  o jej interpretacji.








"Bez mojej zgody"  Jodi Picoult, Prószyński Media, Biblioteka Akustyczna, czyta Magdalena Karel




Recenzja napisana dla sereisu DlaLejdis :)











Czytaj dalej...

Filmowo: Zostań, jeśli kochasz, reż. R. J. Cutler

Film "Zostań, jeśli kochasz" w reżyserii  R. J. Cutler to doskonałe dopełnienie powieści, która stała się bestsellerem w wielu krajach i zdobyła serca milionów czytelników.

Beztroska, spontaniczna wycieczka kończy się tragicznie. Wypadek samochodowy, śmierć rodziców, brata oraz śpiączka. Mia jako jedyna przeżyła, ale znajduje się  pomiędzy światami, gdzieś na granicy życia i śmierci, gdzie musi podjąć trudną decyzję zostać czy odejść, umrzeć i nie czuć bólu po stracie najbliższych, czy żyć w poczuciu ogromnej, największej straty.

Historię Mii poznajemy na dwóch płaszczyznach, w retrospekcjach ukazujących szczęście rodziny, małe i duże szkolne problemy, pierwszą miłość i pierwsze poważne decyzje dotyczące przyszłości oraz w pierwszych chwilach po wypadku, z zaświatów, z których razem z bohaterką wyczekujemy pomocy oraz obserwujemy wpływ rzeczywistości, bliskich, uczuć i emocji na decyzję nieprzytomnej dziewczyny. Połączenie tych płaszczyzn przynosi wiele dramatyzmu, wzruszeń ale i zmusza do refleksji nad ulotnością, kruchością życia oraz bardziej filozoficznie, eschatologicznie dotyczącym życia pośmiertnego, istnienia nieśmiertelnej duszy, światełku na końcu tunelu...

Główną rolę zagrała aktorka młodego pokolenia, określona mianem najbardziej fascynującej, Chloë Grace Moretz. Moim zdaniem idealnie odegrała swoje partie. Jest pełna urody, wdzięku, nastoletniej nieśmiałości, niepewności. Właśnie tak widziałam Mię czytając powieść Gayle Forman. Partnerował jej  Jamie Blackley, który był jedynym zgrzytem w odbiorze filmu. Jego gra była nienaturalna, momentami zbyt sztuczna, jakby aktor nie do końca czuł swoją postać, wszedł w nią, poznał jej emocje. Dlatego "Zostań, jeśli kochasz"  jest nierówny. Raz łapie za serce, raz nuży, irytuje, ale w ogólnym rozrachunku oceniam go pozytywnie. Cieszę się, że role w filmie zagrali aktorzy, których nieczęsto widuję na ekranach kin i telewizorów. Przez co obraz nie został przyćmiony niepotrzebną popularnością i obronił historię, którą warto poznać.

Lubię porównywać książkę i jej ekranizację. Wiadomo, że film i literatura rządzą się swoimi prawami i nie wszystko to, co opisane da się przenieść na duży ekran. R. J. Cutlerowi udało się  oddać emocje bohaterów, ich uczucia, lęki, obawy, żal, ból, cierpienie. Pozwolił widzowi zaangażować się i współprzeżywać radość i tragedię, radość i złość. Powieść została wystarczająco wiernie przeniesiona na scenariusz i jest wyjątkowym jej dopełnieniem.

"Zostań, jeśli kochasz" to opowieść o tragedii rodziny, stracie bliskich osób, próbie pogodzenia się ze śmiercią rodziców. To również opowieść o romantycznej miłości, dla której warto żyć, o którą warto walczy, zabiegać, postawić wszystko na jedna kartę.  To również film o muzyce, pasji, która daje ukojenie. Heitor Pereira melodią, dźwiękami klasyków i współczesnego rocka dodał filmowi odpowiedniego nastroju, klimatu, magii, którą w książce można sobie wyobrazić, a podczas oglądania poczuć ją na własnej skórze, także dosłownie.




"Zostań, jeśli kochasz" reż. R. J. Cutler, dystrybucja w Polsce: Monolith Video Sp. z. o.o, USA 2014








Recenzja napisana dla serwisu DlaLejdis :)

Czytaj dalej...

Dorothy Koomson "Dobranoc, kochanie"


"Powinniśmy uważać kiedy kłamiemy. One żyją. Kłamstwa żyją. Kiedy już je wypowiesz, potrzebują opieki, karmienia, uwagi, towarzystwa... miłości i czułości, jak przypuszczam, jak wszystko inne, co żyje i za co jesteśmy odpowiedzialni."

Kłamstwo niczym nóż przecina najtrwalsze więzy, relacje, najmocniejsze uczucia i zaufanie do drugiej osoby. Kłamstwo zadaje najokrutniejsze rany, które długo się zabliźniają. Kłamstwo uderza rykoszetem w nas samych, skazując na ból, łzy, samotność. Kłamstwo w książce Dorothy Koomson staje się niszczycielską siłą, która burzy wszystko co napotka na swojej drodze.

"Dobranoc kochanie" to dramat obyczajowy rozpisany na trzy głosy: dwóch kobiet i jednego mężczyzny połączonych w miłosny trójkąt namiętności, oddania, poświęcenia, zachłanności, zazdrości.
Novę i Mala łączy głęboka przyjaźń, która rozpoczęła się już w latach ich dzieciństwa. Między nimi rodzi się uczucie, które nigdy nie miało szansy powodzenia. Po latach miłosnych dylematów obojgu udaje się stworzyć szczęśliwe związki. Mal żeni się ze Stephanie, a Nova wiąże się z Keith' em. W sielankowym rytmie mija kilka lat. Mal i Steph chcieliby powiększyć swoją rodzinę. Niestety kobieta jest bezpłodna. Jedyną szansą na upragnione macierzyństwo jest ciąża zastępcza. Mal prosi Novę by urodziła im dziecko. Ta pomimo dręczących ją wątpliwości, zgadza się. Pierwszy trymestr ciąży mija w radości i niecierpliwym oczekiwaniu dla całej trójki. Niestety zażyłość Mala i Novy sprawia, że Stephanie czuje się zazdrosna i coraz bardziej niepewna o swoje małżeństwo. Podejrzewa zdradę. Zmusza więc Mala do zerwania umowy i przyjaźni z Novą. Dziewczyna zostaje sama z poważną decyzją o przyszłości swojej i nienarodzonego dziecka. W końcu postanawia urodzić i wyprowadza się z miasta.
Nova wychowuje synka Leo i jak każda samotna mama boryka się z trudami życia codziennego. Gdy chłopiec kończy siedem lat, lekarze odkrywają w jego mózgu tętniaka. Jedynym ratunkiem jest operacja, po której Leo zapada w śpiączkę. Nova pomimo uprzedzeń, bólu i złości chce doprowadzić do spotkania ojca z synem, być może pierwszego i ostatniego.

"Taka jest anatomia niepokoju: człowiek przestaje myśleć racjonalnie, szybko przeskakując z jednego scenariusza do drugiego, aż w końcu opcja najbardziej prawdopodobna , normalna, staje się bardziej nieprawdopodobna niż prawdopodobna." 

Nova i Mal są dla siebie podporą i opoką od najmłodszych lat. Zawsze trzymali się razem, cierpieli razem i razem cieszyli się swoimi sukcesami. Kiedy zaczęli dorastać połączyło ich miłosne uczucie, którego z początku nie rozpoznali, a potem życie zmusiło ich do porzucenia marzeń o wspólnym życiu. Pozostała im przyjaźń, której wydawałoby się, nic nie może zepsuć. Kiedy Mal ożenił się ze Stephanie, Nova za wszelką cenę próbuje włączyć ją do tej nietypowej relacji. Nie jest to łatwe. Steph w każdym kroku węszy podstęp, nieszczerość i zdradę. Stosunki między kobietami ocieplają się wraz z decyzją o ciąży zastępczej. Wtedy to Stephanie naskakuje Novie, przymila się, dba o nią, ale w tyle głowy przechowuje dręczące ją uczucie, ostrzeżenie przed kłamstwem. Wyczułam w Steph jakąś życiową niestabilność, rozchwianie emocjonalne, które mogło być następstwem jakiegoś traumatycznego doznania w przeszłości. I nie myliłam się. Jednak autorka nie od razu odkrywa przed czytelnikiem wszystkie tajemnice i załamania charakteryzuje tej bohaterki. Pozwala nam stopniowo odkrywać prawdę i zmierzyć się z wszystkimi emocjami, które wywołuje.

Związek Novy i Mala to przykład bezinteresownej przyjaźni. Małżeństwo Mala i Stephanie uwydatnia rysy i pęknięcia spowodowane kłamstwami i tajemnicami. Relacja Novy i Leo obraz samotnego macierzyństwa gdzie miłość, czułość, troska miesza się z frustracją, niemocą i przerażeniem.

Warstwy uczuć, emocji, doświadczeń, trudnej przeszłości, dylematy, wybory składają się na każdą z postaci zamieszkującej powieść Dorothy Moomson. Ich problemy nie są odrealnione i oderwane od rzeczywistości. Zmagają się z problemami bliskimi każdemu człowiekowi: zabieganie o akceptację, poszukiwanie miłości, szczęścia, swojego miejsca na ziemi, walka z chorobą dziecka, samotne macierzyństwo, syndrom pustego łona, dbanie o relacje rodzinne, choroby psychiczne, próby samobójcze itp.

"Dobranoc, kochanie" to doskonale dopracowana powieść. Bogate osobowości, dogłębna analiza zachowań w obliczu miłości, niepewności, zdrady, choroby. Dorothy Koomson z pieczołowitością zadbała o każdy szczegół, dopieszczając każdy fakt nie tylko z życia bohaterów, ale i stopniowania napięcia, ukazywaniu prawdy po kawałeczku wzbudzającym ciekawość i niecierpliwość oraz zaskakując zakończenie.

"Dobranoc, kochanie" to powieść, która demaskuje uczucia, zrywa maski z twarzy bliskich osób, ukazuje konsekwencje straconych szans, nadmiernemu uzależnieniu od partnera, nierozważnych decyzji i działaniu pod wpływem chwili.





Dorothy Koomson "Dobranoc, kochanie", tł. Agnieszka Bachorska, Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011




Czytaj dalej...

Marcin Mastalerz "Miasto 44"


W rok siedemdziesiątej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego rynek wydawniczy i filmowy zalała fala publikacji dotyczących tego wydarzenia. Z wielkim zainteresowaniem śledzę nowe propozycje, gdyż ten etap historii Polski bardzo mnie interesuje. Obecnie najgłośniej jest o  "Mieście 44", a to za sprawą głośnego filmu w reżyserii Jana Komasy. Książka, która ukazała się pod tym samym tytułem jest adaptacją scenariusza filmowego w wykonaniu Marcina Mastalerza.

"Miasto 44" to opowieść o grupce przyjaciół, która stanęła na barykadach, z bronią w ręku by uwolnić Polskę spod jarzma niemieckiego okupanta. Powstańcami są młodzi ludzie, niedoświadczeni w boju mający gorące serce i ideały, które pozwoliły im poświęcić, postawić na szali swoją młodość, przyszłość, życie.

"Mieliśmy być wolni, jesteśmy niewolnikami rozkazów, których sensu nie sposób dociec. Miałam ratować życie, a zajmuję się głównie grzebaniem zabitych i dźwiganiem tych, którym już nikt pomóc nie zdoła. Miałam być łączniczką- sanitariuszką, jestem popychadłem. Miała być wielka przygoda, są pourywane ręce i nogi, spalone żywcem dzieci, przerażone oczy rannych próbujących bezskutecznie wepchnąć z powrotem  do brzucha kotłowaninę krwawych bebechów. "

Stefan, Kama , Biedronka, Olek, Beksa, Góral to indywidualne osobowości o skrajnie różnych poglądach. Jedni są zafascynowani walką i nie mogą doczekać się kiedy pozwolą im zabijać Niemców, inni są wycofani, wystraszeni ale dają się porwać zbiorowej histerii, inni nie są gotowi ginąć za Ojczyznę, uciekają, dezerterują, chronią siebie i swoje rodziny tak, jak potrafią. Jan Komasa i Marcin Mastalerz nie próbują moralizować i wytykać błędów dowództwa, dylematów moralnych Powstańców, postaw w obliczu zagrożenia. Chcieli pokazać ludzi cieszących się swoją młodością, poszukujących miłości, pochłoniętych ekstazą zrywu narodowego. To co doświadczyli, to co przeżyli nie sposób nazwać inaczej niż horror, koszmar, makabra.

"Śmierć, jeśli już, miała być bohaterska, z pieśnią na ustach i elegancką jak order dziurką od kuli w sercu. Są: powolne zdychanie, wycie z bólu i beznadziei, samotne dogorywanie pod gruzami, konanie w męce na środku ulicy, bezsilność, rozpacz, strach." 



Nie będę wypowiadać się co do poprawności historycznej książki gdyż jest wielu autorytetów w tej dziedzinie, którzy chwalą sobie przekaz i autentyczność  "Miasta 44", np.: gen, bryg. Zbigniew Ścibor- Rylski, dr hab. Andrzej Krzysztof Kunert, prof. Władysław Bartoszewski czy prof. Norman Davis.

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to to, że Marcin Mastalerz zbyt uprościł przekaz książki. Co prawda opisuje co, jak, gdzie, kiedy, ale zabrakło mi w tym większych emocji. Zabrakło mi wnikliwości, finezji w portretowaniu bohaterów, ich uczuć, ich poświęcenia. Słowa są surowe, mało plastyczne, nie łączą się i nie przechodzą jedne w drugie, co daje zgrzyty, które mogą momentami irytować czytelnika z dużymi oczekiwaniami. Nie mniej jednak książkę czyta się rewelacyjnie, czego zasługą jest prosty język i filmowe fotosy, których jest bardzo dużo, i które przekazują o wiele więcej niż słowa, które uruchamiają wyobraźnię i w żaden sposób nie można już wyhamować tego procesu.

Historią tych młodych bohaterów żyję po dzień dzisiejszy, przeżywam to czego byli świadkami i ubolewam nad tym, że musieli oddać za ojczyznę najcenniejszy dar, jakim jest życie.

Książka Marcina Mastalerza będzie idealnym dopełnieniem filmu Jana Komasy, który zamierzam oglądnąć jak najprędzej.




Marcin Mastalerz "Miasto 44", PWN, Warszawa 2014














Czytaj dalej...

Lise Dion "Tajemnica niebieskiego kufra"

Zbliża się kolejna rocznica wybuchu II wojny światowej, co skłania mnie do poszukiwania coraz to nowych książek, relacji, listów dotykających tych wydarzeń, opisów codziennej egzystencji w okupowanych krajach czy świadectw więźniów nazistowskich obozów porozrzucanych na podbijanych terenach. Pod tym względem oferta wydawnictw jest bogata i można w niej wybrać interesujące tytuły. Od kilkunastu miesięcy moją uwagę przyciągała oparta na faktach powieść Lise Dion "Tajemnica niebieskiego kufra".

Książka jest poświęcona pamięci adopcyjnej matki Lise Dion, Armande Martel, która w czasach II wojny światowej była więźniarką obozu Buchenwald. O wojennych losach swojej matki, Lise dowiedziała się dopiero po jej śmierci, gdy porządkując mieszkanie odkrywa w niebieskim kufrze tajemnicze  niemieckie listy i osobiste, bardzo intymne dzienniki. Po zapoznaniu się z tym dziedzictwem, postanowiła rozpowszechnić koleje losów Armande, oddać jej tym samym cześć i sprawić by jej cierpienie nie poszło na marne, a stało się nauką dla innych i przykładem do czego może doprowadzić fanatyzm i wojenna zawierucha.

Chyba nie miałam jeszcze okazji czytać relacji więźniarek z Buchenwaldu, choć doskonale znam ogólne fakty, tj. jego przeznaczenie czy umiejscowienie. Mimo, że obóz ten był obozem pracy, to zbierał żniwo śmierci nie bacząc na płeć, wiek i narodowość. Niemcy z typową dla siebie drobiazgowością i obowiązkowością wykonywali plan uknuty przez Hitlera i jego popleczników. Szansę na przetrwanie mieli najsilniejsi, najbardziej zdeterminowani i ci, którzy nie obawiali się zatracić swoją duszę. Chęć życia w obliczu zagrożenia jest ogromna i każdy sam musi zdecydować, co jest gotowy temu poświęcić. I nikt nie ma prawa osądzać tych wyborów. Bohaterki książki wykorzystywały każdą sposobność, każdą możliwość by zdobyć jedzenie dla siebie i dla współwięźniarek, które połączyła nietypowa ale trwała przyjaźń. Każdego dnia nawzajem dbały o swoje bezpieczeństwo, wspierały się i podtrzymywały na duchu w tych haniebnych, urągających higienie, kulturze, brutalnych, odczłowieczonych obozach.

"Jedyną rzeczą, w jaką chciałam jeszcze w tym momencie wierzyć, była nasza solidarność, solidarność dziewcząt, z którymi przetrwałam te lata grozy.One zrobiły dla ludzkości więcej  niż to, co ja mogłam zrobić, będąc zakonnicą. Nie potrzebowały ślubów, żeby dać dowód dobrej woli i poświęcić się dla bliźniego. Dzięki nim przeżyłam."

Chyba nigdy nie zrozumiem chorego umysłu Adolfa Hitlera i ogromu krzywd jakie wyrządził ludziom na całym świecie...

Lisa Dion nie epatuje barbarzyństwem nazistów choć ich bestialstwo doskonale można odczytać pomiędzy wersami. Mordowanie, wykorzystywanie seksualne, pozorowanie samobójstwa, bezlitosne katowanie, wyrachowane maltretowanie psychiczne, głodzenie, upokarzanie, choroby, wycieńczenie...

Lisa Dion sprawnie łączy fakty historyczne i fikcję w bardzo emocjonalną i poruszającą całość. Zamierzenie zmusza do refleksji nad tysiącami ludzi, którzy wykazali się niezłomnością i ogromnym hartem ducha w czasach kiedy człowiek człowiekowi wilkiem.





Lise Dion "Tajemnica niebieskiego kufra", tł.Hanna Abramowicz, Prószyński i s- ka, Warszawa 2012




   
Czytaj dalej...

Arytmetyka diabła


Historia, przeżycia przodków, los całego narodu jest ważnym elementem edukacji ale i własnej tożsamości. Wspomnienia, pamięć o przeszłości jest oddaniem hołdu ówczesnym bohaterom, ich poświęceniu i heroizmu.

Zupełnie inaczej myśli młoda Żydówka Hannah Stern mieszkająca W Stanach Zjednoczonych. Nie interesuje jej kultywowanie tradycji, uszanowanie żydowskich świąt, nie chce pamiętać i na nowo roztrząsać tragicznego  losu swoich przodków. Nie identyfikuje się z historią swojego narodu. Los postanawia sobie zakpić z ignorancji nastolatki. Podczas święta Chanuka, u swojej ciotki Evy, Hannah upija się i traci przytomność...Budzi się w okupowanej przez Niemców Polsce w Janowie Lubelskim w 1941 roku, gdzie wkrótce zostaje aresztowana i wywieziona do Auschwitz. W tym traumatycznym doświadczeniu towarzyszy jej kuzynka Rivkah.


Scenariusz do filmu "Arytmetyka diabła" w reżyserii Donny Dietch powstał na podstawie powieści Jane Yolen i został skierowany do amerykańskiej młodzieży, która niewiele wie na temat niemieckiej okupacji, obozów koncentracyjnych i Holokaustu. Niestety jak na mój gust zbyt wiele jest niedopatrzeń i przekłamań w kręconych ujęciach. Pierwsze co rzuca się w oczy to transport więźniów do Auschwitz. Powszechnie wiadomo, że odbywały się one bydlęcymi wagonami. W filmie są to ciężarówki. Praca więźniów choć ciężka i odbywająca się w urągających warunkach oraz codzienność w obozie nie oddawała w pełni tragicznego losu uwięzionych, tak samo jak relacje pomiędzy Żydami a komendantem, żołnierzami, kapo. Jeżeli już pokazywać tragizm tamtych czasów, to rzetelnie. Dopuszczam za to chęć oszczędzenia uczuć młodego widza i okrojenie i ograniczenie brutalnych scen.


Na uznanie zasługują za to zdjęcia, bardzo realistyczne, surowe i doskonale udawały obóz Auschwitz. Co ciekawe film był kręcony w Kanadzie i na Litwie. Przejmująca muzyka stworzona przez  Frederica Talgorna, podbijała emocje widza. Kirsten Dunst, która odgrywała rolę Hannah i Brittany Murphy jako Rivkah urzekły mnie swoja grą. Bardzo realistycznie przedstawiły tragizm swoich postaci. Łatwo można było odczytać na ich twarzach cierpienie, głód, niepewność jutra, strach przed śmiercią i gotowość do poświęcenia.


"Arytmetyka diabła" irytuje niedbałością o szczegóły, ale jest idealnym przykładem na to co Amerykanie wiedzą o II wojnie światowej i Holokauście. Obraz iście hollywoodzki boleśnie obnaża braki w edukacji.
Jednak z drugiej strony film może obronić chęć udowodnienia młodym ludziom jak ważna jest świadomość historii swojej rodziny, narodu oraz budowanie i podtrzymywanie rodzinnych relacji.


"Arytmetyka diabła" nie jest ideałem, arcydziełem w swoim gatunku, a mimo wszystko można znaleźć w nim plusy godne uwagi.




"Arytmetyka diabła", Stany Zjednoczone 1999, reż. Donna Dietch, wyk. Kirsten Dunst, Brittany Murphy, Paul Freeman, Mimi Rogers















Czytaj dalej...

"Wybór Marty" Lidia Witek

Wydawnictwo: Promic
Seria: Okna
ISBN: 978-83-7502-190-5
Wydanie: IV
Format: 125 x 195 mm
stron:  600
oprawa:  broszurowa
Moja ocena: 5+/6

Zanim zabierzecie się za lekturę "Wybór Marty" radzę zaopatrzyć się w chusteczki, by móc ukradkiem  ocierać nabiegające do oczu łzy wzruszenia.

Już z okładki jesteśmy informowani, że jest to powieść napisana przez życie. Bardzo lubię czytać takie życiowe książki. Interesuję się tym jak inni ludzie radzą sobie z własnymi tragediami i problemami. Czerpie z ich życia inspiracje, podglądam konsekwencje ich wyborów przez co staram się nie popełniać błędów bohaterów czytanych przeze mnie książek.

Lidia Witek opisuje życie i losy Marty Karwowskiej. Kiedy ją poznajemy wiedzie nudny, samotny żywot. Niby ma dobrą pracę ( jest cenionym architektem), niby mam przyjaciół i rodzinę, spotyka się z pewnym mężczyzną ale w jej życiu czegoś brakuje. I sama do końca nie wie czego.
Pewnego zimnego, deszczowego wieczoru do drzwi jej mieszkania puka daleka krewna, Małgosia. Dziewczyna dopiero co zaczęła studia a teraz zaszła w nieplanowana ciążę. Nie może urodzić tego dziecka. Nie chce zawieść swojego ojca chorego na serce, którego każde silne wzburzenie może doprowadzić do śmierci. Nie chce również komplikować życia swojemu chłopakowi. Razem zdecydowali się na aborcję. Małgosia przyszła do Marty poprosić o kilka noclegów po zabiegu. Marta postanawia nie dopuścić do tak drastycznego kroku. Proponuje dwie alternatywy, pomoc w wychowaniu dziecka lub jego adopcję (Małgosia ze strachu wyrzeka się synka). Podjęła tę decyzję pod wpływem wspomnień. Kilkanaście lat wcześniej, w czasie okupacji niemieckiej podczas II wojny światowej, sąsiadka Marty, Adela, przygarnęła opuszczone dziecko. Wszystkim zaimponowała wtedy jej decyzja. Martę, przeżycia z okresu wojny, ukształtowały, wyznaczyło normy postępowania i hierarchię wartości. Marta czuje, że pomagając kuzynce, odnajdzie cel i sens w życiu. Nie spodziewała się jednak, że jej decyzja wpłynie na życie tak wielu osobom.

 Lidia Witek oparła swoją powieść  na ponadczasowych problemach i rozterkach kobiet. Tak jak i w czasach II wojny światowej, potem na przełomie lat 60-70- tych jak i obecnie kobiety borykają się z podjęciem decyzji związanych z macierzyństwem.
W czasach w których rozgrywa się akcja książki, samotna kobieta z dzieckiem była wykluczana ze swojego środowiska. Była pośmiewiskiem, była obsypywana obelgami i okrutnymi żartami. W większym lub mniejszym stopniu sytuacja ta dotyczyła również bliskich tejże kobiety. Obecnie samotne macierzyństwo przestało budzić kontrowersje. Jednak od czasu do czasu zdarzają się jeszcze przypadki napiętnowania samotnych matek, ale ale na szczęście zdarzają się już coraz rzadziej. Podobnie jest z adopcją. Nikt już jej nie potępia i coraz więcej par decyduje się przygarnąć osierocone dziecko by podzielić się swoja miłością.
Lidia Witek porusza również temat poświęcenia siebie i swoich uczuć dla dobra dziecka. Mamy w książce kilka przykładów takiego postępowania. Najpierw Adela, która dla małego ocaleńca Stefka wyrzekła się wszystkiego aby go odchować i odkarmić. Potem kiedy po wojnie odnalazła się matka chłopca, oddaje go rodzinie nie bacząc na swój ból i cierpienie. Tak samo postąpiły Małgosia i Marta. Każda z innych pobudek ale w słusznym celu.

Jedna myśl, która przewija się przez całą książkę i która jest równie moja obserwacją, to że w obliczu tragedii czy katastrofy potrafimy się jednoczyć i wspierać. A jeżeli czasy są spokojne mija również solidarność i bezinteresowne zainteresowanie bliźnim.

Lidia Witek idealnie skonstruowała powieść. Odpowiednio dobrała proporcje między teraźniejszością a przeszłością. Przez co oby dwie historie są ciekawe, wciągające i ani przez moment nie są nudne. Kolejnymi plusami są bohaterowie. Autorka zadbała o ich podłoże psychologiczne. Postacie są targani wszelkimi emocjami. Są odpowiedzialni lub niedojrzali, zdolni do heroizmu lub są egoistami. Niektórych lubimy od samego początku, innych możemy polubić po lepszym poznaniu- jak w życiu. Różnorodność postaw i zachowań bardzo wpływa na atrakcyjność tej książki.
Lekki styl, proste słowa wpływa na łatwy odbiór powieści. Czyta się bardzo szybko a treść porusza serce. Książa przysparza wielu doznań od negatywnych do pozytywnych. 
Akcja jest na początku stonowana, nawet senna  i powoli się rozwija. W pewnym momencie, nawet nie wiadomo kiedy, akcja przyspiesza i od tego momentu trudno rozstać się z książką.
"Wybór Marty" porusza trudne, dla niektórych być może kontrowersyjne tematy. Polecam każdemu, kto lubi książki, które zmuszają do refleksji i zadumy.

Teraz "Wybór Marty" w nowej oprawie:












Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję pani Annie z wydawnictwa Promic
Czytaj dalej...

Administrator strony Aleksandrowe myśli korzysta z systemu komentarzy Disqus. Adresy IP i adresy e-mailowe są przechowywane przez administratora Disqus'a. Zakładając stronę na platformie Disqus wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych.
Aleksandrowe myśli © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka