Uwaga!


Wszystkie teksty zawarte na blogu Aleksandrowe myśli, chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.

Translate

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baza recenzji Syndykatu ZwB. Pokaż wszystkie posty

Kolejność, Hubert Hender

Mała miejscowość, oaza spokoju staje się areną bestialskich mordów. W Kowarach, w tajemniczych okolicznościach ginie trzech mężczyzn. Zagadkowa jest nie tylko ich śmierć ale i okoliczności, dowody i poszlaki znalezione na miejscu zbrodni. Każda z ofiar została oznaczona cyfrą, która nijak ma się do kolejności przestępstwa. Do śledztwa zostają przydzieleni jeleniogórscy policjanci, komisarz Iwanowicz i podkomisarz Gawłowski. Czy uda im się znaleźć mordercę zanim zginie kolejna osoba?

Już na początku, bo wizualnie książka zachęca miłośników kryminałów swoją ciekawą i dość mroczną okładką. Również ja, mocno zaintrygowana, sięgnęłam po „Kolejność” i dałam się porwać historii, która powstała w młodej i uzdolnionej głowie Huberta Hendera. Autor powoli i szczegółowo wprowadza nas w temat. Opisuje morderstwa, miejsca zbrodni tak dokładnie, że każdy czytelnik może poczuć się śledczym i na równi z  Iwanowiczem i Gawłowskim tropić brutalnego zbrodniarza. I niech się Wam nie wydaje, że łatwo odgadniecie motywy i sprawcę. Hubert Hender tak zmanipuluje Wasz umysł, że rozwiązanie zagadki będzie prawdziwym zaskoczeniem. 

Kowary to mała miejscowość na Dolnym Śląsku. Akcja powieści, w dużej mierze, rozgrywa się w środowisku zdominowanym przez przemoc, alkohol i kłamstwo. Śledczy nie mogą do końca zaufać swoim świadkom. Jedni w alkoholowym upojeniu, z definicji nie są wiarygodni, inni w obawie przed konsekwencjami ukrywają co pikantniejsze doświadczenia w swoim życiu. Jak zatem dotrzeć do prawdy? Iwanowicz i Gawłowski to wykwalifikowani policjanci i nie jedno widzieli czy słyszeli. Nie tak łatwo wywieść ich w pole. Co prawda kluczą i kręcą się w kółko, ale wytrwałością i inteligencją nadrabiają wszystkie trudności i niedostatki. 

Bohaterów w powieści dostatek. Każda jest przemyślana i ma swoje określone miejsce oraz zadanie. Hubert Hender nic nie pozostawił przypadkowi. Zapętlił ludzkie losy w jedną sensowną i spójną całość, która nie pozostaje obojętna w oczach i sercach czytelników.

„Kolejność” pozwala nam zajrzeć nie tylko w kulisy pracy policjantów, kopalń i ich bezdusznych zarządców, ale także przyjrzeć się ludzkim charakterom, kiedy na światło dzienne zostanie wystawiona ich przeszłość, na próbę zostanie wystawiona ich prawdomówność, poczciwość, współczucie, sprawiedliwość, cele i przyszłość. 

„Kolejność” to dobry, zagadkowy, mroczny thriller, który na długo zatrzyma uwagę. Co prawda akcja powieść nieco spowolniona, ale jej zwroty totalnie wybijają z równowagi i pozostawiają w stanie zdumienia :)









„Kolejność” Hubert Hender, Filia, Poznań 2016



Czytaj dalej...

Ostatnia noc w Tremore Beach, Mikel Santiago



Mikel Santiago nazywany jest hiszpańskim Stephenem Kingiem. Nie przeczę, ta informacja mocno mnie zaintrygowała i sprawiła, że z ciekawością sięgnęłam po książkę "Ostatnia noc w Tremore Beach". Lubię tajemnicze opowieści na granicy realności i metafizyki, które budzą niepokój, pewien rodzaj strachu i nieregularne drżenie serca. 

Dom na odludziu, hermetycznie zamknięte środowisko mieszkańców nadmorskiego miasteczka i on światowej sławy kompozytor. Peter Harper próbuje odnaleźć spokój po rozwodzie, pogodzić się z utratą ukochanej osoby i odzyskać wenę twórczą. Jakiś wewnętrzny niepokój, gwałtowna burza, uderzenie pioruna i sztorm pobudzają szósty zmysł mężczyzny, który zaczyna widzieć potworną zbrodnię dotyczącą jego rodziny. Nikt nie chce wierzyć w jego wizje, a te powoli zaczynają się urealniać. Czy Peterowi uda się przebić przez sceptycyzm przyjaciół i obronić swoich bliskich? 

Peter to typowy mężczyzna po przejściach. Jego sława, talent, wymagająca praca sprawia, że rozsypuje mu się życie osobiste. Brak bliskości, czułości i rodzące się coraz bardziej burzliwe dyskusje doprowadzają w końcu do rozstania. A gdzie można odzyskać spokój i siłę na dalsze życie, jak nie w domku gdzieś na końcu świata, odciętym od cywilizacji i towarzystwa? Dla Petera jest nim dom w Tremore Beach gdzie próbuje zapomnieć i oswoić się z nową rzeczywistością, nie rzadko zapijając smutki morzem alkoholu. Na prostą pomagają mu wyjść sąsiedzi, starsze małżeństwo oraz młoda, równie życiowo pokiereszowana Judie i nadchodząca wizyta ukochanych dzieci. I właśnie tuż przed oczekiwaną wizytą Petera nawiedzają wizje brutalnej zbrodni, której ofiarami są bliscy i przyjaciele mężczyzny. Z początku otoczenie zaczyna traktować go jak nieszkodliwego wariata. Z czasem gdy wizje się nasilają, próbują zdiagnozować u niego chorobę psychiczną. Peter zaczyna wątpić w swoje przeczucie...

Odrzucenie, utrata wiary w siebie, samotność, izolacja, alkohol sprawia, że zachowanie Petera diametralnie się zmienia. Niepewność tego co realne, a to co podświadome i metafizyczne pobudza obawę, która udziela się czytelnikowi. Mikel Santiago z dużą wprawą kieruje wizjami bohatera, tak że równie czytelnik może zagubić się w tym co rzeczywiste, a tym co być może kieruje chory umysł. Każdy kolejny krok podejmowany przez Petera budzą ciekawość i strach przed tym, jak to wszystko może się skończyć. Jego samotne dążenie do odkrycia prawdy, sztormowa sceneria, tajemniczość miasteczka oraz jego mieszkańców, przez lata skrywane sekrety i powoli sprawdzający się scenariusz zbrodni nie pozwolił mi odłożyć książki przed końcem lektury. 

Mikel Santiago wprawnie buduje napiętą atmosferę. Akcja wbrew sennej, nadmorskiej miejscowości jest równie burzliwa jak pogoda, która przywiała niepokój, strach i radykalne rozwiązania. Nie miałam możliwości odgadnąć jaki będzie finał całej historii, bo jej tory gwałtownie się zmieniały i przynosiły niemałe zaskoczenie. Sami bohaterowie to nietuzinkowe postacie. Mężczyzna z przeszłością i niespotykaną umiejętnością, kobieta po przejściach z niewielkimi oczekiwaniami i para staruszków z tajemnicą, której rozwiązanie przerosły moje oczekiwania. 

"Ostatnią noc w Tremore Beach" mogę śmiało polecać czytelnikom, którzy lubią dreszcz niepewności, zaskoczenia i nieuchronność losu, która jest nam przeznaczona. 








"Ostatnia noc w Tremore Beach" Mikel Santiago, tł. Maria Mróz, Czarna Owca, Warszawa 2016








Czytaj dalej...

Umrzeć po raz drugi, Tess Gerritsen


Tess Gerritsen to moja ulubiona autorka thrillerów medycznych. Dlatego jej najnowszą powieść "Umrzeć po raz drugi" musiałam przeczytać tak szybko, jak było to możliwe.

Jane Rizzoli dostaje wezwanie do jednego z domów na bostońskim przedmieściu, w którym zostały odnalezione oprawione zwłoki znanego w świecie myśliwych preparatora zwierzęcych zwłok, Leona Gotta. W toku śledztwa okazuje się, że na terenie całego kraju zostały opisane podobne zbrodnie. Kim jest seryjny morderca i w jaki sposób wyszukuje swoje ofiary? Jeden z tropów prowadzi do Botswany, gdzie w niejasnych okolicznościach zaginęła grupa wycieczkowiczów, w tym syn Gotta...

Zawsze podążaj za muchami. One wiedzą, gdzie serwowany jest obiad.

Uwielbiam sztandarowy duet autorki, a mianowicie Rizzoli- Isles. Jednak w tym przypadku coś nie zagrało i na początku nie umiałam odnaleźć się w zaproponowanej historii. Muszę zdradzić, że akcja rozgrywa się na dwóch przestrzeniach czasowych i dwóch kontynentach. W pierwszym rozdziale poznajemy kulisy wspomnianej wcześniej wycieczki. Grupka amatorów mocnych wrażeń wybiera się na Safari, by z bliska móc obejrzeć polujące dzikie koty i poczuć adrenalinę, której brakuje im w życiu prywatnym. Jednak coś jest nie tak i zaczynają ginąć ludzie.  Bez ostrzeżenia przenosimy się do Bostonu gdzie listonosz zauważa w oknie golden retrievera z ludzkim palcem w pysku. Na miejsce zbrodni przyjeżdża Jane Rizzoli. I dopiero w tym miejscu poczułam, że wkraczam na znajomy teren. I dopiero w tym miejscu coś zaskoczyło, a ja zaczęłam pochłaniać lekturę nie zwarzając na upływający czas.

Tess Gerritsen potrafi zamieszać czytelnikowi w głowie i nie pozwolić mu zbyt łatwo rozszyfrować kryminalną intrygę. Można zachodzić w głowę, co oprócz rodzinnego powiązania łączy zaginięcia w Afryce, a brutalnym morderstwem w USA, a i tak będziesz daleko od właściwego rozwiązania. I za to lubię książki tej autorki. Za umiejętność trzymania w niepewności, w niecierpliwości, w niewiedzy, w napięciu.

Każda kobieta, brzydka czy piękna, jest jedynie zbiorem organów, w opakowaniu z ciała i kości.

Jak w każdej powieści tej amerykańskiej pisarki, trup sypie się gęsto, który tylko z pozoru nie ma nic wspólnego ze sprawą, ale w rozrachunku znacząco wpływa na rozwiązanie zagadki. Wytrawna detektyw Rizzoli podejmie każdy krok, każde wyzwanie byle jak najszybciej odnaleźć zabójcę, a zdystansowana i chłodna w relacjach Isles, wiernie jej w tym sekunduje odzierając z tajemnic kolejne zwłoki. Dynamiczne zwroty akcji kompletnie zmieniają tor wydarzeń, zagęszczają atmosferę i przyspieszają, i tak gnające na łeb i szyję, tętno, bicie serca...

Choć  książka "Umrzeć po raz drugi" zapowiadała się na kompletne rozczarowanie, okazała się przewrotną lekturą zarówno jeśli chodzi o treść, jak i towarzyszące jej emocje. Idealna dla lubiących zaskoczenia oraz obowiązkowa dla fanów Tess Gerritsen, Jane Rizzoli i Maury Isles :)





"Umrzeć po raz drugi" Tess Gerritsen, tł. Jerzy Żebrowski, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2015





Recenzja napisana dla serwisu DużeKa :)




Czytaj dalej...

Zwykły człowiek, Graeme Cameron


Wiesz kim jest Twój sąsiad, co robi po pracy, jakie ma zainteresowania? Nie? Mówisz, to Zwykły człowiek, taki jak Ty czy Ja! Jesteś tego pewna/y? A czy wiesz, że w wolnym czasie może być sadystycznym oprawcą, brutalnym zabójcą, okrutnym człowiekiem? To jest możliwe. Taki scenariusz rozgrywa się każdego dnia, na całym świecie nawet w tej chwili...

Głównym bohaterem nie jest człowiek miły, ciepły, bezinteresowny. To pełnokrwisty, wyborny w swoim fachu psychopata. Skrupulatnie wybiera swoje ofiary i zaprasza je do nieludzkiej gry o życie i bezwzględnie, bez litości łamie wszelkie reguły. Ale nadchodzi chwila gdy traci kontrolę nad swoim poczynaniem...Dopadnie go ręka sprawiedliwości?

Zanim sięgnęłam po lekturę "obiły" mi się o oczy recenzje blogerów na jej temat, po których przyszło mi zrewidować swoje oczekiwania i obniżyć poprzeczkę. Prawdę mówiąc, uratowało to mi przyjęcie książki, wrażenia ale i  oceniłam ją wyżej niż wcześniej zakładałam. 

"Zwykły człowiek" to książka specyficzna. Bohatera poznajemy wyłącznie z jego zachowania, skłonności do przemocy i nieudolności w budowaniu trwałych relacji. Dosłownie siedzimy w jego głowie i uczestniczymy w chorej grze pomiędzy katem a ofiarą. Poznajemy jego przeszłość, zalążek jego przestępczej postawy, krwawe upodobania, chory umysł. Jestem przerażona, że w zwykłym człowieku może kryć się bestia, której prawdziwe oblicze poznać można, gdy na wszelkie reakcje jest już za późno. Jeszcze bardziej dziwi mnie jego przebiegłość i brawura, o którą nikt go nie podejrzewa. Udaje mu się ukryć swoje zbrodnie i zimną krwią planować kolejne.
Jednak książka nie jest thrillerem w pełnym tego słowa znaczeniu. Owszem to intrygująca powieść psychologiczna, która pozwala dogłębnie poznać potwora w ludzkiej skórze. Brak jej jednak dynamicznej akcji i dramatycznych jej zwrotów by przywołać ciarki na plecach i inne nerwowe reakcje organizmu. Odwołuje się natomiast do moralności czytelnika, do odrazy wobec obrazoburczej treści i do lęków przed gwałtowną śmiercią. 

"Zwykły człowiek" to zajmująca lektura na jeden wieczór, która wstrząśnie, oburzy, przestraszy ale czy zmusi do zasady ograniczonego zaufania? Pewnie nie. Człowiek to istota ufna z natury i z bezgranicznym zdziwieniem spojrzy w oczy swojemu oprawcy.




"Zwykły człowiek" Graeme Cameron, tł. Jan Kabat, Harper Collins, Warszawa 2015




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa :)


Czytaj dalej...

Przedpremierowo: Poza sezonem, Jørn Lier Horst

Premiera: 9 wrzesień 2015


- A co byś zrobił gdyby ktoś okradł ciebie?- spytał komisarz.
- Byłbym zły- padła odpowiedź.- Ale potem zrozumiałbym, że ci którzy to zrobili, byli zdesperowani i potrzebowali pieniędzy. Ludzie, którzy zostali okradzeni, nie powinni brać tego zbytnio do siebie. To przypadek, że padło właśnie na nich.

Czy kradzież to rzeczywiście nic takiego? Zupełnie nieistotna sprawa, nad którą można przejść do porządku dziennego i co gorsza usprawiedliwiać ją trudnymi warunkami, niedostatkiem, brakiem pomysłu na życie?

Stavern nadmorska miejscowość letniskowa staje się celem ataków zorganizowanych  złodziejaszków. Splądrowany dobytek jako pierwszy zauważa Ove Bakkerud. Zdenerwowany obchodzi domy sąsiadów. W jednym z nich znajduje ciało zamaskowanego, brutalnie pobitego mężczyzny. Sprawę zgłasza policji. Podczas śledztwa, które prowadzi komisarz William Wisting, okazuje się, że dokuczliwe kradzieże to przykrywka dużo poważniejszego przestępstwa.

Miejsce zbrodni przypomina obraz. Każdy, nawet najmniejszy szczegół, od pierwszego pociągnięcia pędzla do gotowego dzieła, mówi coś na temat artysty, który go stworzył. Obraz zdradza swojego stwórcę. 

Jørn Lier Horst przyzwyczaił nas do wysokiego poziomu swoich książek pod względem merytorycznym, płynności fabuły i ciekawej intrygi. "Poza sezonem" idealne trzyma poziom swoich poprzedniczek. Norweski autor na długo przykuwa uwagę, pozwala wgryźć się w tekst i spróbować rozwiązać zagadkę na swój sposób. Co oczywiście nie udaje się, a końcowe rozwiązanie przynosi zaskoczenie.

Wiesz, jaki świat byłby nudny, gdybyśmy wiedzieli, co jest nam pisane? Życie stałoby się nieznośnie przewidywalne. Wiara, nadzieja i marzenia nie byłyby nic warte. 

Narracja prowadzona jest w sprawdzonej już naprzemiennej formule. Głosem Williama i Line, ojca i córki, obserwujemy życie norweskiej rodziny, skandynawskiej przestępczości i kondycji tamtejszej policji. Norwegia uchodzi za jedno z bezpieczniejszych państw nadbałtyckich, ale i tam zdarzają się odstępstwa od obowiązującego prawa. Często za sprawą imigrantów, jak chce to nam wmówić autor. Ale czy na pewno?
Bieda, niedostatek, brak pracy czasem zmusza do niepochlebnych czynów. Jednak w książce stają się one sposobem na życie. Minimalne ryzyko, otwarta strefa Schengen może zamydlić wzrok i przyćmić rozum, a czas opamiętania może przyjść za późno.

Wisting jest zaangażowanym policjantem, cechuje go duża intuicja i znajomość ludzkich zachowań, żądz, ułomności. Jednak w obliczu zagrożenia szczęścia i wolności swoich bliskich działa poza regułami. Za to Line poznajemy z zupełnie innej strony. Do tej pory była niezłą dziennikarką śledczą. Teraz jej zainteresowania rozwijają się w innym ale pokrewnym kierunku. Kobieta zamierza napisać powieś kryminalną. Ma kilka pomysłów i sprzyja jej wena. Rozprasza jedynie były chłopak, jego niepewne interesy i niebezpieczne znajomości, które poważnie skomplikują życie rodziny.

Mimo wieloletnich badań nad mową ciała nie istniały stuprocentowe metody odróżniania prawdy od kłamstwa. Doświadczenie Wistinga nie potwierdzało tezy, że kłamca unika spojrzenia, jest niespokojny, dotyka nosa i odchrząkuje częściej niż osoba mówiąca prawdę. Jedyne, co zdradzało kłamcę, to twarde dowody.

Wydaje się, że w mnogości wątków można się pogubić. Nic bardziej mylnego. Jørn Lier Horst doskonale nad nimi panuje, plecie, zawija, rozwija, z których tworzy spójny ciąg myśli, zdarzeń, sytuacji. Dynamiczna akcja, jej dramatyczne zwroty, podwójna moralność, gęsto ścielący się trup pozwoli na zajmującą lekturę na coraz bardziej ponure i zimne dni. 

"Poza sezonem" doskonale wkomponowuje się w krajobraz za oknem. Deszcz, chłód potęguje wrażenia płynące z książki, która przyprawia o dreszcze brutalizmem współczesnego świata i rozpala emocje towarzyszące zagadkowej kryminalnej intrydze. 

Jørn Lier Horst to gorące nazwisko wśród współczesnych skandynawskich autorów kryminalnych. Jeszcze go nie znasz? Zmień to, koniecznie!



"Poza sezonem"  Jørn Lier Horst, tł. Milena Skoczko, Smak Słowa, Sopot 2015




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Business& Culture oraz wydawnictwu Smak Słowa :)



Czytaj dalej...

Ty, Caroline Kepnes


Inteligentny stalker


Okładka obiecuje "perwersyjnie romantyczny thriller". To duża odwaga, tym bardziej że tematyka dość odbiega od profilu wydawnictwa. Byłam ciekawa co znajdę pomiędzy skromną obwolutą i lakonicznym blurbem. 

Guinevere Beck zawróciła w głowie pewnemu księgarzowi. Ten postanawia zrobić wszystko, żeby dziewczyna zwróciła na niego uwagę i oddała mu swoje serce. Podstępem wkrada się w jej życie i od tej pory decyduje o każdym jej kroku. Czy fascynacja długo będzie fasadą dla niezdrowej obsesji? Czy namiętność może zastąpić miłość? Czy można trzymać zazdrość na wodzy?


Przyznam szczerze. Debiut amerykańskiej pisarki bardzo mnie zaskoczył. Książkę umieszcza się w obok literatury erotycznej, typu "Pięćdziesiąt twarzy Greya". To miejsce niezasłużone i niejako krzywdzące. Podciągnięcie jej pod jedną kreskę może sprawić, że co niektórzy czytelnicy obejdą ją szerokim łukiem. To byłaby ogromna strata. "Ty" to powieść o rozwijającej się fascynacji przekształcającej się w niezdrową obsesję, manipulację, a w efekcie zbrodnię. 


Joe Goldberg to niebezpieczny psychopata w przebraniu usłużnego, miłego, inteligentnego, oczytanego księgarza. Ale czytelnik wie o nim dużo więcej gdyż poznaje jego myśli, siedzi w jego głowie. Bo historię poznajemy właśnie z perspektywy mężczyzny, stalkera, frustrata, szaleńca. Szczegółowo poznajemy jego zdanie na temat miłośników twórczości Dana Browna czy Stephena Kinga, ale także obserwujemy niezdrową obsesję na punkcie Guinevere Beck. Joe zaczyna od śledzenia, wystawania pod domem, potem próbuje nawiązać przypadkowy kontakt, a gdy mu się udaje wślizguje się w życie dziewczyny i rozpoczyna jego przemeblowanie pod swoje oczekiwania i preferencje. Zagarnia ukochaną w każdym aspekcie jej codzienności, odsuwa od znajomych, przyjaciół, myszkuje w jej prywatnych rzeczach, zaczyna decydować o kształcie wspólnej przyszłości. Kiedy wychodzą na jaw jego manipulacje rozpoczyna się najgroźniejsza potyczka, na śmierć i życie.



„Pragnę cię. Potrzebuję cię. Sprawię, że mnie pokochasz. Tracę dla ciebie głowę. Będę cię kochał do końca życia. Kocham cię na zabój. Ciebie. Ciebie. Ty”.


Mogłoby się wydawać, że to Guinevere jest taka naiwna nieświadoma grożącego niebezpieczeństwa. Nie, nie. Ona także ma swoje za uszami, ale jednak to Joe jest tak sprytny, tak bystry, tak podstępny, tak niegodziwy, że uśpił czujność wielu ludzi, w tym terapeutę i psychologa. Przerażająca jest świadomość, że istnieją tacy psychopaci jak Joe i z jaką łatwością mogą kierować życiem swoich ofiar. 

Caroline Kepnes z dużą lekkością wciąga czytelnika w tę zawiłą historię. Bądź, co bądź ukazuje sedno miłości, poszukiwanie bliskości i otoczenie ukochanej kokonem czułości, spełnieniem jej wszelkich pragnień. Tylko, że ta sielanka trwa tak długo, jak posuwa się po myśli Joego, kiedy realizuje się jego wizja szczęścia. 

"Ty" to  nie jest powieść erotyczna, choć zawiera jej elementy. To dużo bardziej bogata, oryginalna, twórcza, porywająca, nieprzewidywalna powieść o stalkingu, manipulacji, obsesji, fascynacji. Caroline Kepnes zaprasza na lekturę inteligentną,  nieco ironiczną, w najlepszym stylu.  



"Ty" Caroline Kepnes, tł. Jacek Żuławnik, PWN, Warszawa 2015





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa PWN :)
Czytaj dalej...

Tabloid. Śmierć w tytule, Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski



Rzeczywistość mocniejsza od fikcji



Ostatnio z powodzeniem publikuje się książki oparte na faktach bulwersujących swojego czasu opinię publiczną. 

"Tabloid. Śmierć w tytule" dwóch dziennikarzy, reporterów, redaktorów Gazety Wyborczej doskonale wpisuje się w ten trend. Panowie Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski przypominają zbrodnię sprzed jedenastu lat. Na podstawie zgromadzonych dokumentów, opublikowanych materiałów, prasowych tytułów, a także rozmowami ze świadkami tamtych wydarzeń rekonstruują głośną sprawę morderstwa Krzysztofa Mrugały, znanego lokalnie, dobrze sytuowanego mieszkańca Buska Zdroju.
Krzysztof Mrugała miał wszystko: dom, pieniądze, ustabilizowaną przyszłość. Jedynie rodzina mu się nie udała. Brutalność, nieporozumienia, w końcu rozwód. Jednak szybko znalazła się kobieta, która pocieszyła miejscowego bogacza. 

3 listopada 2004 roku Krzysztof Mrugała wracał z pracy. Pod domem został brutalnie pobity, zamordowany i ograbiony. Po długim żmudnym śledztwie główną podejrzaną staje się Dorota Mrugała. Ciążył na niej zarzut zlecenia morderstwa byłego męża. Obszerny artykuł ze zdjęciami w ówczesnym największym polskim tabloidzie wywołały społeczną nienawiść, bezduszność i pewność, że jedyną winną jest schorowana kobieta, matka dwóch nastoletnich córek. Dalsze dochodzenie jest dowodem na nieudolność polskiego wymiaru sprawiedliwości.


Ta historia to po części opowieść o toksycznych rodzinnych relacjach, w których małe, niedostrzegalne błędy prowadzą prosto do tragedii, a po części są opowieścią o rozwoju brukowca, jego walce o czytelnika i brutalnych zagrywkach mających utrzymać pismo na powierzchni.

Rodzina Mrugałów to od początku batalia pomiędzy miłością, nienawiścią, zazdrością, uległością. Proporcje sił zmieniały się w zależności od warunków finansowych, pojawianiem się kolejnych dzieci i stosunków z rodzicami, teściami. Było im ciężko, ale udało im się w końcu wygospodarować porozumienie. Krzysztof i Dorota wzbogacili się czym coraz bardziej kuli sąsiadów w oczy. Jednak wzrost poziomu nienawiści, agresji, alkoholizm zerwały wszelkie więzy, doszło do rozwodu. Krótko potem Krzysztof został zamordowany, a Dorota zatrzymana przez prokuraturę. 

Tytułowym tabloidem jest Super Express, który jako pierwszy wskazuje udział Doroty Mrugały w zabójstwie byłego męża. Na podstawie tego, czego dowiadujemy się z książki, są to tylko przypuszczenia. Jednak materiał umiejętnie zredagowany staje się mocny, niepodważalny. Po lekturze społeczeństwo ma w głowie jedno słowo: WINNA. Prokuratura w obawie przed demonstracjami przedłuża pobyt w areszcie śledczym. W konsekwencji działań brukowca schorowana, złamana, obojętna na swoją przyszłość Dorota Mrugała umiera. 

Trudno uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. A jednak! Aneta i Bożena Mrugała straciły i ojca, i matkę, i musiały żyć z piętnem córek morderczyni. Dziewczyny nie miały życia w Busko Zdroju. Wyszydzane, wyzywane musiały na nowo układać swoje życie i walczyć o dobre imię swojej rodzicielki. 

Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski bardzo sprawnie kreślą przerażającą opowieść o nienawiści, agresji i solidarności w obliczu tragedii. W mistrzowskim stylu wciągają w historię życia i śmierci Krzysztofa Mrugały, odsłaniają kulisy i bulwersujące praktyki tabloidów. 

"Tabloid. Śmierć w tytule"
to książka, od której nie mogłam się oderwać do ostatniej strony. Wydawało mi się, że dość dobrze pamiętam tę głośną sprawę. Ale nie. Bieg wydarzeń, własne sprawy i problemy odsyłają wiele informacji w zapomnienie. Wraz z lekturą Tabloidu mogłam krok po kroku przypomnieć sobie pewne fakty i ponownie utyskiwać na niesprawiedliwość, ludzką niegodziwość. 



"Tabloid. Śmierć w tytule" Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski, Agora, Warszawa 2015





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Agora :)



Czytaj dalej...

Cyngle, Michał Idzikowski

Jak Psy Pasikowskiego

Rozpoczynając lekturę "Cyngli" na szybko przyszło mi do głowy porównanie z głośnym filmem Jarosława Żamojdy "Młode wilki". Grupa zadziornych, śmiałych, nieustraszonych chłopaków rządzi w mieście. Kontrolują meneli, kradną samochody, nie całkiem legalnie zdobywają hajs, żyją chwilą. Jednak wraz z postępem fabuły młode wilki ewoluują do roli "Psów" Pasikowskiego gdyż wychodzi na jaw ich brutalna przeszłość. Okazuje się, że Dżino, Enrico i Mały to poważnie doświadczeni żołnierze, na których wojna w Kosowie i misja pokojowa w Bośni i Hercegowinie pozostawiła bezlitosne piętno, która determinuje ich wybory, przyszłość, życie.

Dżino dostaje propozycję pracy. Wraz z kumplami z wojska ma ochraniać warszawskiego gangstera, który zadarł z niewłaściwymi ludźmi. Z pozoru proste zadanie zmienia się w krwawą jatkę, w której zwycięży najsilniejszy i najsprytniejszy.

Dżino, Enrico i Mały są bezlitośni. Działają szybko i z okrutną precyzją. Są doskonale wyszkoleni. Dobrze znają się na broni, strzelają niemal z zamkniętymi oczami, zawsze trafiają celu i walka wręcz nie jest im obca. Oni nie zadają pytań, strzelają bez ostrzeżenia i wszędzie tam gdzie się pojawią zostawiają ofiary. To czy niewinne, musicie dowiedzieć się osobiście :)
To ze względu na ich umiejętności ale i osobiste sympatie stają w oku cyklonu prószkowskiej wojny polsko- ruskiej. Mimo całej brudnej otoczki w ich życiu, brutalności ich dokonań, krwawej bitwy, zemsty, animozji bohaterowie kierują się swoistymi kodeksem  moralnym. Ważna jest dla nich miłość, przyjaźń, lojalność, braterstwo, wierność a także honor. Są jak muszkieterowie i w obronie własnej, swoich bliskich czy przekonań uczynią wszystko, nawet z najwyższą ofiarą... życia.

Michał Idzikowski wplótł w tę historie odrobinę miłości i w pewnym sensie osłodził typowo męską fabułę i męskie spojrzenie na świat. Co prawda niezbyt podobały mi się zaczepki, propozycje podrywu gdyż są strasznie tandetne ("Cześć Aniele, bolało jak spadłaś na ziemię?"), a ocena kobiet momentami szowinistyczna. Co mnie nie dziwi bo to książka skierowana bardziej dla męskiego czytelnika. Dużo w niej bójek, mordobicia, krwi, flaków, opisów broni i mechanicznych walorów sportowych samochodów.

Podobało mi się za to tempo akcji, dramatyczne zwroty i spójny koncept, który udało się utrzymać od początku do końca. Ponura rzeczywistość, szara codzienność na moment rozbłyska czerwienią, której macki sięgają także Rzymu i Hong Kongu. Rozlewają się również po szczeblach polskiej władzy, szerzy korupcją, matactwem i hipokryzją.
 
Michał Idzikowski to debiutujący pisarz wychowany na kultowym polskim kinie. Czerpie z niego dobre wzorce i potrafi zaciekawić swoim pomysłem. Jest pełen werwy, potencjału i dobrze rokuje na przyszłość :)
 
"Cyngle" to mocna propozycja dla facetów i kobiet, które nie boją się wejść w męski świat przemocy.
 
 
 
 
 
"Cyngle" Michał Idzikowski, Witanet




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Witanet :)
 
 
 

 
Czytaj dalej...

Odnaleziony, Harlan Coben


"Wszystko zmieniło się w jednej chwili. Nauczyłem się w bolesny sposób, że nasz świat nie rozpada się powoli. Nie sypie się stopniowo ani nie kruszy na malutkie kawałki. Może zostać zniszczony w mgnieniu oka."

Uporządkowany świat  szesnastoletniego Mickeya rozsypał się jak domek z kart. W tragicznym wypadku samochodowym ginie jego ukochany ojciec, a matka trafia na odwyk. Chłopak zostaje zmuszony do zamieszkania z wujkiem, którego nie zna, a nawet nie lubi. Kiedy jego życie powoli wraca do ładu i harmonii zostaje zwerbowany do tzw. Schroniska Abeona, który ratuje dzieci przed niebezpieczeństwami płynącymi ze świata dorosłych. Jedna z opiekunek sugeruje nastolatkowi, że jego ojciec nie umarł. Mickey nie wie czy to okrutny żart czy bełkot wariatki. Postanawia to sprawdzić. W prywatnym śledztwie pomagają mu przyjaciele.



"Odnaleziony" to trzecia część serii o Mickey' u Bolitarze, bratanku sztandarowej postaci książek Harlana Cobena i skierowana szczególnie do młodzieży. Bohaterem jest doświadczony przez los nastolatek, z którym młodsza część czytelników doskonale się utożsami. Mickey nie należy do tak zwanych populersów. Choć jest wyśmienitym koszykarzem (jak jego wujek :)) to na swoją pozycję musi ciężko zapracować. Nowa szkoła i wejście w nowe środowisko jest dla niego trudnym przeżyciem zwłaszcza, że dopiero co stracił oboje rodziców. Również zamieszkanie z nielubianym wujkiem i rodzinne konflikty nie ułatwiają mu życia. Odskocznią od trudnej codzienności jest Schronisko Abeona i coraz bardziej wymagające zadania.


Ten, kto zna twórczość Cobena dobrze zna jego styl. Autor najpierw z grubsza nakreśla intrygę, a potem przez wiele stron kręci, kluczy i próbuje wywieść czytelnika w pole. Tak jest i tym razem ale zagadka jest bardziej stonowana i dopasowana do odbiorcy, którym jest młodzież. Mamy więc do czynienia z internetową znajomością, tajemniczym zaginięciem nastolatka i aferę dopingową w drużynie koszykarskiej. Harlan Coben dostosowuje powieść  również pod względem językowym, który jest bardziej potoczny, beztroski, impulsywny i entuzjastyczny, nieskomplikowany, tak jak bohaterowie książki. Ema- ousiderka, gotka z nadwagą ale wielkim sercem, Łyżka- indywidualista, geniusz, miłośnik musicali i Rachel cheerliderka z sekretną misją. Razem tworzą drużynę, której nie straszni są gangsterzy, dilerzy narkotykowi czy płatni zabójcy. Doskonale radzą sobie w sytuacjach stresowych i wychodzą cało niemal z każdej opresji. Ale dla Mickeya najważniejsza jest sprawa śmierci ojca. Świadkowie wypadku milczą, a ekshumacja zwłok nie tylko nie przynosi rozwiązania ale tworzy miliony pytań, na które trudno znaleźć odpowiedzi.

Tempo akcji książki "Odnaleziony" jest szybkie, zmienne, nieprzewidywalne. Bieg wydarzeń podbijają krótkie rozdziały, które nie dają czasu do namysłu, a wymuszają niecierpliwe przewracanie kartek w celu odnalezienia rozwiązania. To największa zaleta powieści Harlana Cobena. Lekki, łatwo przyswajalny styl, absorbująca treść, niebanalni bohaterowie, humor, cięte riposty, dynamiczne dialogi, walka pomiędzy dobrem i złem, przyjaźń, niebezpieczeństwo, namacalna groźba i zaskakujące rozwiązania  to czynniki doprowadzające do uzależnienia. Ja poddaje się autorowi bez zbędnego gadania, z podekscytowaniem i gorączkowym oczekiwaniem.

"Odnaleziony" to ciekawy thriller dla miłośników Cobena i dla tych, co dopiero zapoznają się z jego twórczością.









"Odnaleziony" Harlan Coben, tł. Robert Waliś, Albatros, Warszawa 2015






Recenzja napisana dla serwisu DużeKa :)




Czytaj dalej...

Tulipanowy wirus, Daniëlle Hermans

Tulipomania


Tulipan to nie tylko jeden z najpiękniejszych kwiatów na świecie, ale również najważniejszy symbol Holandii.

Co zabawne roślina ta pierwotnie rosła i była hodowana w Chinach, gdzie wierzono że  przynosi szczęście. Sprowadzony na ziemie  niderlandzkie stał się oznaką dobrobytu, luksusu, pozycji społecznej.  W XVII wieku arystokracja doceniła ich magiczny urok, przyczyniła się do rozwoju rynku tulipanowego,  a także zaczęła konkurować między sobą doprowadzając do szaleństwa, które odbiło się niepojętą korupcją, gwałtem, zbrodnią, śmiercią.

"Tulipanowy wirus" przenosi nas w czasie do najbardziej gorącego okresu tulipomanii, której echa dotrwały do lat współczesnych niosąc za sobą cień chciwości, pychy i arogancji.
Alek Schoeller zostaje wezwany przez swojego wuja. Gdy chłopak dociera na miejsce okazuje się, że mężczyzna jest ciężko ranny. W ostatnich słowach próbuje przekazać mu  rodzinny sekret i stary, wartościowy wolumin o tulipanach. Alek choć nie rozumie znaczenia słów wuja postanawia na własną rękę odnaleźć rozwiązanie i brutalnego mordercę. W śledztwie pomaga mu najlepszy przyjaciel. Nieświadomie ściągają na siebie wielkie niebezpieczeństwo.

Na okładce wydawca porównuje debiut literacki Daniëlle Hermans do bestsellerów Dana Browna, autora najbardziej obrazoburczej książki ostatnich lat "Kod Leonarda da Vinci". Po części zgadzam się z tym twierdzeniem. Debiutantka zaadaptowała podobną konstrukcję powieści. Zaczęła bezsensowną, z pozoru, brutalnością, przekazaniem niezrozumiałych wskazówek, kult nauki, próba zdetronizowania religii i prywatne śledztwo dwójki młodych ludzi, z których jedno jest bliską osobą zmarłego, a drugie wykształconym znawcą tematu, którego dotyczy tajemnica. I na tym podobieństwa kończą się. Daniëlle Hermans zdradza zbyt wiele by z niecierpliwością i nerwowym obgryzaniem paznokci śledzić akcję oraz losy bohaterów. To co dotyka ich po drodze śledztwa jest dość przewidywalne, a momentami rozdmuchane do granic możliwości choć jego sedno to drobiazg, który na to nie zasługuje. Mało wiemy także o bohaterach, a główne postaci są przyjemne choć dość schematyczne.

Pomysł opisania XVII wiecznej holenderskiej tulipomanii, gorączki chciwości, arogancji, nienawiści, zazdrości bardzo mi się podobał. Do tej pory nie miałam pojęcia, że tulipany były powodem korupcji, egoizmu, paniki, bankructwa wielu ówczesnych rodzin mieszczańskich i arystokracji. "Niektórzy sprzedawali wszystko, aby kupić upragnioną cebulkę. Zdarzało się, że zamieniano tulipany na nieruchomości, ziemię, bydło. Największą cenę osiągnęła słynna cebulka Semper Augustus- 6000 guldenów (średni roczny dochód w Niderlandach wynosił wtedy ok. 150 guldenów)" . Za to wątki naukowo- religijne, mające uchodzić za bluźniercze,  dążenie do swobody działania, do wolności słowa zupełnie mnie nie przekonały. Owszem XVII wiek to czasy wzmożonej religijności doprowadzającej często do wzrostu fundamentalizmu, ale autorka dość nieudolnie połączyła oba fakty.

Zdecydowanie największą zaletą powieści "Tulipanowy wirus" jest zmienna narracja prowadzona z kilku perspektyw. Historię poznajemy współcześnie dzięki Alekowi będącego głosem emocji, duetowi policjantów stanowiący głos rozsądku oraz z głosy z przeszłości, który przybliża tulipomanię i zarys konfliktu, który przez pokolenia dotrwał do XXI wieku. Zmiana pomiędzy czasami jest podkreślona innym rodzajem i kolorem czcionki. Ta różnorodność daje złudzenie wartkiej akcji, galopujących wydarzeń i wpływa na szybkość i łatwość przyswajania tekstu i przewracania kartek powieści.  Daniëlle Hermans próbuje stylizować historycznie język w części dotyczącej XVII wiecznej Holandii. Zapomniała jednak oddać klimat Amsterdamu tamtych lat. Mało jest ówczesnej architektury, tradycyjnego stroju, rytuałów, relacji społecznych.

Nie mogę jednak powiedzieć, że "Tulipanowy wirus" to męczący gniot. To powieść, która dotyka nieznanego i interesującego tematu tulipomanii. Gdyby podkręcić wspomniane mankamenty mogłaby uchodzić za rewelacyjny i do tego oryginalny thriller mieszczących się w czołówce światowych bestsellerów. Na koniec dodam, że "Tulipanowy wirus" ma zostać wkrótce zekranizowany. Jestem ciekawa co z tego wyjdzie :)










"Tulipanowy wirus" Daniëlle Hermans, tł. Małgorzata Woźniak- Diederen, wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015






Recenzja napisana dla serwisu Dlalejdis, któremu dziękuję za egzemplarz recenzyjny książki :)



Czytaj dalej...

Duża dawka rzeczywistości, czyli... Germania, Harald Gilbers

Harald Gilbers jest niemieckim redaktorem, felietonistą, a także reżyserem teatralnym. Za swoją debiutancką powieść "Germania" otrzymał w 2014 roku prestiżową nagrodę Friedrich- Glauser- Preis dla twórców kryminałów. Autor zdradza, że gro jego pracy nad książką to "ślęczenie nad manuskryptem w ciszy gabinetu" i analiza bezpośrednich źródeł historycznych, tak by w pełni oddać realizm opisywanych czasów...


Akcja "Germanii" rozgrywa się pod koniec II wojny światowej w Berlinie, zniszczonym przez naloty i bomby aliantów. W krajobrazie gruzu i popiołu dochodzi do serii brutalnych mordów kobiet, których okaleczone zwłoki są składane pod pomnikami ofiar i bohaterów wojennych. Śledztwo prowadzi oficer SS Vogler. Niestety nie radzi sobie zbyt dobrze. Zmusza więc do współpracy Richarda Oppenheimera, niegdyś najlepszego śledczego berlińskiej policji, dziś ofiary nacjonalistycznej polityki Hitlera odsuniętego od pracy i życia ze względu na żydowskie pochodzenie. Ten lekko perwersyjny duet wilka i baranka pod presją czasu ściga bezwzględnego mordercę.

Wytężona praca poszukiwacza, historyka przyniosła wymierne korzyści. Tło historyczne opisane bardzo rzetelnie i z zachowaniem charakterystycznych szczegółów. W zbombardowanej stolicy III Rzeszy rozgrywają się dramaty ludności cywilnej, która mimo braku poparcia dla polityki Hitlera stała się jego ofiarami brutalnego systemu. Jednak wśród zwolenników upadku nazizmu, wkroczenia alianckich wojsk do Berlina możemy obserwować zachowania wyjątkowo brutalne wobec nielicznych osobników narodu żydowskiego i niezdrowa fascynacja nacjonalistycznym reżimem. Oczami bohaterów obserwujemy nieustanne naloty, pożary, zawalone domy, panikę, zmęczenie nieustannym strachem i ochroną życia i zdrowia, próby schronienia się w niepewnych piwnicach, wyciąganie spod gruzów ciał berlińczyków, grzebanie zmarłych, zmuszanie i indoktrynowanie kobiet do macierzyństwa, projekt Lebensborne, podziemna aborcja.

Na obu frontach działa nietypowy duet śledczy, esesman i Żyd oraz ich nietypowa relacja rozwijająca się na granicy akceptacji i przyjaźni. Vogler jest wysoko postawionym oficerem SS. Nie może zdradzić się ze swoją słabością do swojego żydowskiego partnera. Z kolei Oppenheimer zdaje sobie sprawę ze swojej niedogodnej pozycji i szuka rozwiązania, które uratowałoby jego skórę i życie. Podczas śledztwa przekonuje się jak wielu ma sojuszników i jak wielu ludzi pamięta jego zasługi dla społeczeństwa.

Pozostałe postacie to nie tylko tło dla głównych bohaterów, ale pełnokrwiste osobowości i podatne marionetki, które mają ważną rolę do odegrania. Mamy agresorów i ofiary, bohaterów i pomocników diabła, zastraszonych mieszkańców Berlina i młodych nazistów.

Zbrodnia, bestialskie okaleczenia ciał, pozostawienie zwłok pod pomnikami wojennymi to nie tylko czysta agresja ograniczonego emocjonalnie mordercy, a wielowarstwowa definicja pogardy dla życia, dla podstawowych wartości i lojalnego zapatrzenia w swojego przywódcę.

"Germania" byłaby idealnym kryminałem retro gdyby nie małe potknięcie w rozwijaniu akcji. Harald Gilbers przez mnogość opisów zagubił dynamikę. To co w założeniu miało być suspensem wyhamowało bieg akcji przez co książki nie czyta się z taką ekscytacją, na jaką zasługuje opisana historia.








"Germania" Harald Gilbers, tł. Agnieszka Hofmann, PWN, Warszawa 2015





Czytaj dalej...

Przedpremierowo: Ostrożność, depresja postnatalna, a może mistyfikacja?, czyli... Buźka, Sophie Hannah

Premiera: 11 czerwiec 2015

Sophie Hannah po raz kolejny wystawiła moje emocje na próbę, wyżęła nerwy niczym wytrawna praczka bieliznę i pozostawiła w konsternacji na długi czas. Wymienione cechy to dla mnie gwarant udanej lektury, a zauważyłam, że stają się charakterystyczne dla prozy tej brytyjskiej autorki, która sama określa siebie jako genetyczną spadkobierczynię Agathy Christie. 


Alice Fancourt dwa tygodnie temu urodziła córeczkę. Nie wyobraża sobie, że mogłaby wyjść z domu i pozostawić ją pod opieką bliskich. Z niedźwiedzią przysługą przychodzi teściowa i oznajmia, że wykupiła dla młodej mamy karnet do elitarnego klubu sportowego. Alice z niechęcią wychodzi "do ludzi". Gdy wraca po dwóch godzinach, znajduje w łóżeczku córeczki obce niemowlę. Kobieta jest zrozpaczona, a nikt nie chce uwierzyć w jej słowa. Policja uważa ją za histeryczkę, a bliscy za kłamczuchę, niespełną rozumu, idealna przedstawicielkę depresji postnatalnej (poporodowej). Dla świętego spokoju zgadzają się na testy DNA. W dniu badania matka z córką znika. 

Sophie Hannah w wywiadach podkreśla, że początkowa scena książki musi przykuwać uwagę, zainteresować na tyle by czytelnik nie wypuścił lektury z rąk aż do jej naturalnego zakończenia. W przypadku "Buźki" ta teza sprawdziła się idealnie. Mamy młodą matkę, która wychodzi z domu, a po powrocie zastaje obce dziecko, które bliscy próbują jej wmówić jako własne. Kobieta sama już nie wie czy to objawy choroby, a może wielkiej mistyfikacji, przerażającej gry, w której nie zna zasad. Dodatkowo okazuje się, że mąż, teściowa nie są ludźmi, za których starają się uchodzić, a za ich słowami kryją się jedynie kłamstwa i manipulacje. 

David Fancourt jest szanowanym i jednym z najbogatszych mieszkańców miasteczka Spilling. Nikt nie spodziewa się jakie sekrety kryje pod płaszczykiem szarmanckiego i eleganckiego mężczyzny. Pod wpływem wydarzeń wychodzi z niego prawdziwa natura i błędy wychowawcze oraz wpływy apodyktycznej matki. Vivienne jest dokładnie taka sama. Pod wyrafinowaną maską kobiety sukcesu kryje się hipokryzja i zepsucie, które otwierają nową przestrzeń dla obaw, strachu, przerażenia Alice. Zdeterminowana próbuje rozwiązać zagadkę tajemniczego niemowlęcia, zaginięcia córeczki i przeszłości niebezpiecznych bliskich. Pytania rodzą odpowiedzi, a te zamiast zaspokajać ciekawość rozbudzają ją z całym impetem. Nikomu nie można zaufać i trzeba mieć oczy i uszy otwarte na każdą, nawet najmniejszą informację. To w szczegółach tkwi rozwiązanie, które niby jest podane na tacy, a tym samym ukryte przed żądnym sensacji czytelnikiem. 

Sophie Hannah przyznaje, że Agatha Christie miała duży wpływ na jej twórczość, i że przejęła jej pisarską filozofię i poglądy na temat zasad dobrej powieści kryminalnej. Tak jak niedościgniona mistrzyni zapętla opowieść, miesza tropy i podsuwa wskazówki, tak by czytelnik nie od razu pojął misterny plan i tajemnice poszczególnych bohaterów. Pozwala nam na poznawanie, obserwację, dedukcję ale ma w zanadrzu kilka zwrotów akcji, które dokumentnie niszczą stworzony obrazek i zmuszają do zadawania kolejnych pytań, głębszej analizy. 

"Buźka" to niepokojący thriller i powieść psychologiczna pełna napięcia, suspensu, która niebezpiecznie przyspiesza tętno serca, wstrzymuje oddech i na długo zostaje w pamięci. Zaginione dziecko, zrozpaczona matka, demoniczny tatuś i nadopiekuńcza teściowa to początek koszmaru, który chcę przeżywać jedynie na kartach powieści...





Książka została wcześniej wydana pod tytułem: "Twarzyczka" 





"Buźka" Sophie Hannah, tł. Marta Kisiel- Małecka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015











Czytaj dalej...

Labirynty ludzkiego umysłu, czyli... W głąb labiryntu, Sigge Eklund

Moja fascynacja literaturą skandynawską trwa. Jeżeli tylko mam okazję poznaję nowe nazwiska, tytuły i historie, które w chłodnych północnych klimatach brzmią o wiele bardziej groźnie, niebezpiecznie i tajemniczo. Tym razem zapoznałam się z prozą Sigge Eklund, który w Szwecji jest literackim celebrytą. W Polsce termin ten nie jest znany, a jego wydźwięk jest raczej negatywny. Zastanawiałam się czy to celebryctwo tyczy się bardziej jego osobowości czy twórczości i co czeka mnie wraz z lekturą "W głąb labiryntu"...


W zwyczajnym szwedzkim miasteczku, w zwyczajnej szwedzkiej rodzinie zostaje porwana jedenastoletnia dziewczynka. Nikt nie żąda okupu, nie ma żadnych tropów, nie wiadomo co stało się z Magdą Horn. Podejrzenie pada na ojca dziewczynki? Czy mężczyzna był zamieszany w zniknięcie córki? Co ukrywa? Co wiedzą jego najbliżsi, znajomi, współpracownicy?

"Żałoba wszystko przenika i ukazuje ludzi takimi, jacy są naprawdę."

Narracja powieści nie jest typowa. Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia czterech osób, które z czterech odrębnych historii tworzą jeden misternie skonstruowany, spójny, smutny, miejscami przerażający obraz rodziny będącej w rozpadzie, tajemnic z przeszłości, poczucia winy, wzajemnej nieufności, zgubnej fascynacji.

Swoje zdanie mają: Asa i Martin Horn- rodzice porwanej Magdy, Tom- najbliższy współpracownik Martina i Katja- szkolna pielęgniarka i towarzyszka życia Toma. Tą czwórkę osób łączy o wiele więcej. Sami nie spodziewają się jak bliskie są te połączenia i jaki miały wpływ na zaginioną jedenastolatkę. Tylko Ty czytelniku jesteś dopuszczony do tajemnicy, do faktów, na które spłynęła kurtyna milczenia i wzajemnych zależności oraz zgubnego wpływu przeszłości na teraźniejszość, na uczucia, emocje. Tylko Ty masz szansę rozwikłać zagadkę miejsca pobytu Magdy. Bo rozwiązanie nie jest konkretne i wskazane przez autora. Jest w Twojej gestii i kwestią własnej dedukcji oraz wrażliwości.

Sam sylwetki  postaci są pomysłowe, złożone, niejednoznaczne. Nie wiadomo co można się po nich spodziewać. Z wierzchu wyglądają i zachowują się jak inni, w środku gromadzą sekrety, które wszystko zmieniają. Naszą wiedzę, stosunek, podejście, oskarżenia, współczucie. Asa jest psychologiem. Powinna umieć poradzić sobie z emocjami zarówno własnymi, jak i bliskich. Nie potrafi tego zrobić. Co więcej zatraca się w swoim nieszczęściu i poszukuje coraz bardziej dziwnych pomysłów na rozwój śledztwa. Martin prowadzi podwójne życie, które zagraża jego rodzinie. Nieświadomie wystawia ich na niebezpieczeństwo. Poza tym żyje w poczuciu winy, niespełnionych marzeń i frustracji. Tom z kolei jest zafascynowany swoim przełożonym. Stara się do niego upodobnić.  Jest także zazdrosny o jego sukcesy. Katja również ma do przepracowania traumy z przeszłości: trudne dzieciństwo, adopcja, akceptacja nowej rodziny, środowiska, własnej tożsamości.

Podobało mi się jak Sigge Eklund zbudował swoją powieść. Osoby pozornie nie związane z tematem, mają wiele do powiedzenia. A to  co wydobywa się z ich ust, burzy to co stworzyliśmy we własnej głowie. Nic nie jest takie, na jakie wygląda, a cała historia staje się o wiele bardziej skomplikowana, niż na początku sądziliśmy. To sprawia, że "W głąb labiryntu" czyta się z zainteresowaniem i uwagą do ostatniego słowa.










"W głąb labiryntu" Sigge Eklund, tł. Bogumiła Ratajczak, PWN, Warszawa 2015



Czytaj dalej...

Syndrom sztokholmski, czyli...Czuły punkt, Dominika van Eijkelenborg



Człowiek jest nieprzewidywalny tak jak i uczucia, którymi dysponuje. Nienawiść może zmienić się w miłość, strach w przywiązanie, odraza w bliskość. Dzieje się tak w szczególnych wypadkach kiedy obawa o własne życie miesza się z wdzięcznością za odrobinę ciepła i uwagi. Medycyna nazwała ten wyjątkowy stan psychiczny, syndromem sztokholmskim, który rozwija się u ofiary przemocy i polega na emocjonalnym uzależnieniu od oprawcy.

Właśnie taka sytuacja przydarzyła się Weronice, polskiej studentce weterynarii uczestniczącej w programie wymiany studentów z holenderską uczelnią. Dziewczyna zostaje uprowadzona z ulicy, zgwałcona i uwięziona. Pilnuje jej bezwzględny gangster, który groźbą wymusza na niej posłuszeństwo. Z czasem ich relacja zaczyna się zmieniać, ocieplać, staje się bardziej romantyczna. Na ile jest to prawdziwe uczucie, a na ile emocjonalne uzależnienie tzw. syndrom sztokholmski?

"Kompromisy. Podejmujemy je dla siebie samych, dla kogoś, kogo kochamy, dla ratowania relacji, na której nam zależy. Podejmujemy je ze strachu lub z niewiedzy, że moglibyśmy postąpić inaczej. Niektóre przynoszą zmiany, gdy inne tłamszą nas w stagnacji. Kompromisy, bolesne zgody, które zawsze mają swoją cenę."

Ucieszyłam się, że główna bohaterka jest Polką i zdziwiłam, że holenderska pisarka tak gładko weszła w jej skórę. Zaledwie chwilę później przyszło otrzeźwienie. Zaraz! Przecież nie znalazłam informacji o tłumaczeniu... I być nie mogło bo Dominika van Eijkelenborg to po prostu nasza rodzima autorka z egzotycznie brzmiącym nazwiskiem. Zapewne doskonale zna realia emigracji i nauki życia w obcym kraju. Odzwierciedlenie tych doświadczeń można odczytać między wersami. Tęsknota za bliskimi połączona z radością odkrywania nowych miejsc, samotność mieszana z ekscytacją i generalną próba życia na własny rachunek. Weronika jest spokojną, skrytą, nieśmiałą, zatrwożoną dziewczyną. Trudno jej zawierać nowe znajomości. Skrywa za to w sobie jakąś tajemnicę, która zwraca uwagę i przyciąga rówieśników. Tak zdobywa chłopaka i przyjaciółkę. Niestety nie mieli oni szans zmienić jej zgubnej decyzji o samodzielności.
Po porwaniu i uwięzieniu Weronika staje się jeszcze bardziej wycofana. Przemoc, gwałt, cierpienia tworzą z niej uległą kupkę nieszczęścia, która każdą oznakę człowieczeństwa odbiera w zwielokrotnionym rozmiarze.
Zastanawia mnie tylko, czy Pani Dominika nie pozwoliła zbyt szybko zapomnieć Weronice o doznanych krzywdach. Gwałt mocno odbija się na psychice kobiety. Często bywa, że ofiary przez długi czas nie pozwalają sobie na bliskość z drugim człowiekiem. Weronika nie tylko pozwala dotykać się swojemu strażnikowi, ale śpi z nim w jednym łóżku bez choćby jednego grymasu na twarzy i galopujących myśli w głowie.

Luke to brutalny gangster, który nie boi się nawet najbardziej szemranych interesów. Jest prawą ręką pewnego "biznesmena" handlującego żywym towarem. Luke jest przyzwyczajony, że zawsze dostaje to, czego pragnie. Weronika jest częścią umowy handlowej, poza zasięgiem, poza zainteresowaniem. I właśnie ta nietykalność oraz jej delikatność, skromność, eteryczność najbardziej go pociąga. Luke tworzy plan, który może go bardzo drogo kosztować.

"Czuły punkt" pod względem uczuciowym, emocjonalnym zaspokoił moje oczekiwania. Zależność pomiędzy katem i ofiarą, niejednoznaczność ich romansu, koleje losu nietypowej miłości intryguje i zmusza do poszukiwania odpowiedzi.
Również język, styl przypadł mi do gustu. Dominika van Eijkelenborg nie przerysowuje wydarzeń, z wdziękiem kreuje poszczególne etapy z życia Weroniki, uzupełnia obraz informacjami z poszukiwań i policyjnego śledztwa, choć nie są one szczególnie drobiazgowe i dokładne. Narracja jest naprzemienna. Sytuację poznajemy raz z punktu widzenia Weroniki, a raz Luka, raz ofiary, raz kata, raz oblubienicy, a raz oblubieńca. Dzięki temu poznajemy każdy aspekt, każdą myśl, każdy argument.
Niestety tempo akcji, pozostawia moim zdaniem, wiele do życzenia. Jest zbyt powolne i za spokojne. Nie ma także zbyt wielu spektakularnych zwrotów, które ożywiłyby ospałą atmosferę. Zaakcentowany jest jeden, który diametralnie zmienia bieg historii, ale to dopiero przy końcu powieści.

"Czas nabiera innego znaczenia, gdy nie ma się poczucia jego mijania, gdy noc i dzień zlewają się w jedno, gdy sekundy, minuty i godziny wydają się zmieniać swą długość w zależności od natężenia bólu."

Bilans plusów i minusów wypada na korzyść "Czułego punktu". Przeczytałam książkę w rekordowo krótkim czasie, z autentycznym zainteresowaniem i mimo kilku wbitych szpilek wyszłam z lektury zwycięsko i z satysfakcją.







Przeczytaj fragment --> TUTAJ






"Czuły punkt" Dominika van Eijkelenborg, HarperCollins Polska, Warszawa 2015







zBLOGowani.pl




Czytaj dalej...

Życie z piętnem ocalałego, czyli... Jutro, jutro i znów jutro, Thomas Sweterlitsch

Strata bliskiej osoby i przeżywanie żałoby czasem może stać się obsesją na jej punkcie. Przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć, wysuwa się na pierwszy plan, koncentruje uwagę, determinuje życie. Podstępnie, powoli, po cichu niszczy codzienność, a późnej przyszłość. Pozostawia w otępieniu albo skłania do szukania sztucznego pobudzenia zmysłów zrywając kontakt z rzeczywistością.

Dominic Blaxton, główny bohater powieści "Jutro, jutro i znów jutro", jest na dobrej drodze by stoczyć się w otchłań uzależnienia i mamiącej złudnym szczęściem przeszłości.

Kataklizm, wybuch bomby o szerokim spektrum rażenia doszczętnie zniszczył Pittsburgh. Dosłownie starł całe miasto z powierzchni ziemi, a wraz z nim wszystkich mieszkańców, w tym ukochaną żonę Dominica i ich nienarodzone dziecko. Mężczyzna nie potrafi pogodzić się ze śmiercią najbliższych. Dzień po dniu spędza na odurzaniu się narkotykami i wędrówkach po cyfrowej rekonstrukcji Pittsburgha, gdzie wciąż od nowa przeżywa nieliczne chwile z hologramową ukochaną. Jego podróże w przeszłość chce wykorzystać wpływowy Theodore Waverly. Chce by Dominic odnalazł jego córkę zaginioną w katastrofie. Podczas poszukiwań Blaxton odkrywa ciało zamordowanej kobiety oraz próbę manipulacji w cyfrowym obrazie miasta. Kim była ofiara? Dlaczego musiała umrzeć? Kto jest mordercą? Co czeka Dominica?

"To, co za nami, i to, co przed nami, niewiele znaczy w porównaniu z tym, co tkwi w nas."

Akcja książki toczy się w niedalekiej przyszłości, gdzie technika, cyfryzacja daleko wyprzedza to, co znamy z naszej rzeczywistości. Na czasie jest oprogramowanie Adware, które za pomocą kamery wszczepionej w źrenicę oka i okablowania scalonego z mózgiem, pozwala na serfowanie po sieci bez konieczności uruchomienia komputera i łącza Wi- Fi. W dowolnej chwili możesz sprawdzić wiadomości, pocztę, oglądnąć prognozę pogody i zalogować się na portale społecznościowe, ale tym samym jest się także bombardowany spamem i treściami pornograficznymi. Adware jest również ścieżką do nadużyć, manipulacji i infiltracji. Łatwo jest założyć oprogramowanie szpiegujące, które może okazać się przyczyną wielkich kłopotów. Adware pomaga Dominicowi w pracy i spotkaniach z żoną. Z czasem staje się uzależnieniem, koszmarem, upadkiem.

Dominic żyje z poczuciem winy. Jest jednym z ocalałych z kataklizmu, który nie potrafi, nie chce pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony i nienarodzonego dziecka. Obwinia się za to, że żyje i pragnie jak najszybciej dołączyć do swoich bliskich. W wirtualnym świecie jest sentymentalnym, romantycznym, oddanym mężczyzną, w realu jest narkomanem złamanym poprzez prozę życia. Nie boi się niebezpieczeństwa, ryzykuje, wychodzi przed szereg, łatwo nim manipulować i zmuszać do konkretnych zachowań. Do czasu. Odkryte nieprawidłowości, zwłoki młodej kobiety, którą nikt się nie interesuje, zmowa milczenia, zafałszowana rzeczywistość zmusza go do radykalnych działań.

"Jutro, jutro i znów jutro" to powieść z elementami kryminału, trzymającego w napięciu thrillera z lekką formą fantasy. Zagadka tajemniczej śmierci i jeszcze bardziej tajemnicze poszukiwania zaginionej dziewczyny wciągają od pierwszej strony i utrzymują ją do ostatniej kropki. Thomas Sweterlitsch ciekawie przedstawia człowieka cierpiącego na depresję, zespół stresu pourazowego i uzależnionego od środków odurzających. Podsuwa nam wizję katuszy wywołanych cierpieniem, żałobą, obsesją, a także miłością niespełnioną, nie przeżytą od początku do naturalnego końca. Autor z wprawą wplata wątki cyfryzacji społeczeństwa i wprowadzanie nowych technologii. Język powieści jest prosty i łatwy do zrozumienia nawet dla laika w dziedzinie informatyki. W żadnym momencie nie czułam się zagubiona, niedoinformowana, pozostawiona w gąszczu technicznego bełkotu.

Thomas Sweterlitsch zmusza czytelnika do refleksji nad tym, do czego dążą ludzie i jaki próbują zgotować nam los. Wirtualizacja świata, awatary, androidy, sztuczna inteligencja, oprogramowanie kompatybilne z ludzkim organizmem daje wiele możliwości do cyberataków, permanentnej inwigilacji i manipulacji.

"Jutro, jutro i znów jutro" to debiut amerykańskiego pisarza. Bardzo udany, ciekawy, nowoczesny, który łączy zdeprawowanie, dewiacje, brutalność codzienności z pięknem miłości, przywiązania, bliskości i bólem samotności.










"Jutro, jutro i znów jutro" Thomas Sweterlitsch, tł. Jerzy Malinowski, W.A.B., Warszawa 2015





zBLOGowani.pl



Czytaj dalej...

Zbrodnia i śledztwo w cieniu PRL- u, czyli... Śpij, malutka, Przemysław Koza

PRL to czasy kiedy manipulacja społeczeństwem, pojedynczymi jednostkami sięgnęła szczytu i pozwoliła na zachowania bulwersujące, kontrowersyjne, obrazoburcze.

Starszy sierżant sztabowy Milicji Obywatelskiej w małej miejscowości Smętorzowie, Józef Krzepicki, staje się ofiarą komunistycznego systemu. Epizody prywatnego życia blokują karierę, a służbowe rujnuje rodzinę. Milicjant topi problemu w morzu alkoholu i polowaniu na wrony. Podczas jednej z wypraw do pobliskiego lasu Krzepicki dowiaduje się, że po pijaku postrzelił swoją siedmioletnią córeczkę. Grozi mu przykładne aresztowanie i surowy wyrok. Podczas śledztwa okazuje się, ze nic nie jest takie na jakie wygląda. A za śmiercią dziewczynki kryje się mistyfikacja na najwyższych szczeblach władzy.

Lubię kryminały. I lubię okres PRL- u w literaturze, który może być doskonałą areną pod, wydawałoby się, nierealne wydarzenia. Jednak nie wszystkich udaje się w pełni wykorzystać potencjał czasów i możliwości jakie oferuje. Przemysław Koza nie wypadł najgorzej. Udało mu się uchwycić absurdy epoki, mechanizmy manipulacji, zależności pomiędzy władzą, partią, a ich marionetkami i zwykłymi obywatelami. Ciekawie poprowadził kryminalną grę. Kluczył, wprowadzał mylne tropy, zafałszowane zeznania długo pozostawiając czytelnika w nieświadomości i ciekawości.

Z całą resztą było trochę gorzej. Po pierwsze postaci. Sztampowi, schematyczni a ich zachowania tendencyjne i przewidywalne. Józef Krzepicki, alkoholik, którego śmierć córki wyzwala pompatyczne wyznania i przyrzeczenia: "Nie spocznę, dopóki nie dorwę tego skurwysyna, który zabił mi dziecko, aż nie zobaczę jego nędznego końca." Żałoba i prywatne śledztwo nie przeszkadza mu zupełnie w życiu towarzyskim i w myśleniu rozporkiem zamiast mózgiem. Zachowanie jego żony dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Nie chce utrzymywać kontaktu z Józefem, nie obwinia go o śmierć córeczki, chociaż całe Smętorzowo już wydało na niego wyrok. Wpada za to do knajpy, w której raczy się alkoholem i oskarża o niedopełnienie obowiązku pochówku. Przecież nawet z nimi nie mieszkał, nie interesował się rodziną, a miał załatwiać pogrzeb?????? Inni bohaterzy również za mocno odrealnieni, tak jak sytuacje, które ich spotykają. Milicjant, który pilnuje rannego człowieka w samochodzie i nie orientuje się, ze to manekin?!

Nie podobało mi się również to, że autor usilnie i topornie wpychał w tekst PRL- owskie produkty, np. "w dwóch woreczkach po krówkach ze spółdzielni cukierniczej "Jedność"". Mam wrażenie, że Przemysław Koza bardzo chciał na każdym kroku przypomnieć w jakich czasach rozgrywa się akcja jego książki, ale mógł to zrobić bardziej naturalnie.

Cała powieść "Śpij, malutka" zgrzyta. Okładka ma się nijak do historii. Tekst czyta się opornie, brak jej lekkości, dynamizmu, spektakularnych zwrotów akcji. Biorę to na karb braku doświadczenia i niecierpliwości.

Reasumując, książkę Przemysława Kozy można przeczytać w jedno popołudnie, o ile przymknie się oko na pewne niedociągnięcia. Praca czyni mistrza i wierzę, że kolejne dzieła autora będą coraz lepsze.









"Śpij, malutka" Przemysław Koza, Novae Res, Gdynia 2015





Recenzja napisana dla serwisu DużeKa, któremu dziękuję za egzemplarz recenzyjny książki :)





Czytaj dalej...

Makabryczny plan, czyli... Koronkowa robota, Pierre Lemaitre



Moim zdaniem dobry kryminał cechuje brutalna, nawet makabryczna zbrodnia, wybitny detektyw, który mimo przeciwności losu, w mozole i pocie czoła dopada sprytnego mordercę i tajemnica, którą trudno rozwikłać, ale która logicznie, spójnie układa się w jedną całość.

"Koronkowa robota" francuskiego pisarza, scenarzysty i laureata Nagrody Goncourtów z 2013 roku, Pierra Lemaitre, taka właśnie jest. Szokująca, bulwersująca, zawiła, nierozwiązywalna, dotykająca całej gamy emocji, złożona ze słów zapadających w pamięć i z finałem, który doprowadza do szału, do erupcji wściekłości, do pytań, do zadumy...

Morderca, okrzyknięty przez prasę mianem Literat, morduje młode kobiety wzorując się na klasykach literatury kryminalnej: Czarna Dalia, American Psycho, Roseanna, Laidlaw, Zbrodnia w Orcival czy Zabójca z cienia. Morderca, nawiązuje bezpośrednią korespondencję z komisarzem paryskiej policji, Camille Verhoeven, w których szczyci się swoimi zbrodniami i zapowiada kolejną masakrę. Policjant musi znaleźć psychopatę zanim zginie kolejna dziewczyna.

Camille Verhoeven jest nietypowym komisarzem i człowiekiem. Ma czterdzieści lat, jest bardzo niski i łysy jak kolano. Powikłania w czasie ciąży sprawiły, że jego wzrost zatrzymał się na stu czterdziestym piątym centymetrze. Przez większość życia był to jego największy kompleks. Z czasem nauczył się wykorzystywać niedobory wzrostu i swoja aparycję by zbudować autorytet, charyzmę i reputację. W policji są to niezastąpione atrybuty. Do innych jego zalet należy wysoka inteligencja, pracowitość i nieustępliwość. Nie ma takiej sprawy, której nie rozwiązałby Camille Verhoeven. Dlatego zbrodnie Literata zostały przydzielone właśnie jemu. Jednak nawet on z trudnością odnajduje wskazówki, które pozwolą mu ruszyć tropem prowadzącym wprost do największego paryskiego psychopaty. Trudne śledztwo nakłada się na życiową rewolucję policjanta. Oczekuje on narodzin pierwszego dziecka. Nie chce odpuścić w pracy i nie chce przegapić najważniejszego wydarzenia w swoim życiu. Wyścig z czasem nabiera podwójnego znaczenia.

"Wbrew pozorom sprawca na pewno nie jest owładnięty manią destrukcyjną. Już bardziej manią posiadania, która graniczy z destrukcją, nie jest ona jednak głównym motorem jego poczynań. Pragnie zdobywać kobiety, lecz ich zdobycie nie przynosi mu ukojenia. Więc je torturuje. Ale tortury nie przynoszą mu ukojenia, więc je uśmierca. Ale również morderstwo nie załatwia sprawy. Może je zdobywać, gwałcić, torturować, ćwiartować, pastwić się nad nimi, ale wszystko na próżno. Niejasno przeczuwa, że nigdy nie zazna spokoju. Nigdy się nie zatrzyma, gdyż jego pogoń nie ma końca."

Początkowo nie jest znana przeszłość mordercy, cele, motywy ani modus operandi. Wytężona praca, nietypowe współprace wyłuszczają okrutną prawdę. Literat precyzyjnie, w skali 1: 1 odwzorowuje najbardziej makabryczne zbrodnie z popularnych kryminałów. Ich opisy są niezwykle obrazoburcze, dokładne, szczegółowe, dosadne. Szokują i przyprawiają o mdłości nawet wytrawnego miłośnika gatunku. Czytelnika o słabych nerwach, z góry uprzedzam: niektóre sceny powinny zostać oznaczone czerwonym kluczykiem, albo ostrzeżeniem "Tylko i wyłącznie dla dorosłych! Czytasz na własne ryzyko!". 

Splątanie ścieżek zawodowych i prywatnych, makabryczny los młodych kobiet, zdrada w policyjnych szeregach, wymuszony układ pomiędzy Verhoevenem, a psychopatą daje miejsce na szaleńczy pęd i na dramatyczne zwroty akcji. Gra na amplitudzie emocji przyspiesza tętno, podnosi ciśnienie, domaga się satysfakcjonującego zakończenia, którego nie ma... Finał jest totalnym zaskoczeniem, który bardzo mnie zdenerwował. Nie tak miało być!!! Nie zgadzam się!!! I mimo moich okrzyków niezadowolenia nie da się cofnąć czasu, nie da się nic zmienić. I żebyście mnie źle nie zrozumieli. Nie jestem rozczarowana, wręcz przeciwnie. Po prostu nie spodziewałam się takiego zakończenia... A burzy ono znane, stosowane i utarte schematy :)

"Koronkowa robota" to będzie wyjątkowa książka na mojej półce. Zajmie na niej honorowe miejsce, wśród ulubionych.










"Koronkowa robota" Pierre Lemaitre, tł. Joanna Polachowska, Muza, Warszawa 2015




Czytaj dalej...

Administrator strony Aleksandrowe myśli korzysta z systemu komentarzy Disqus. Adresy IP i adresy e-mailowe są przechowywane przez administratora Disqus'a. Zakładając stronę na platformie Disqus wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych.
Aleksandrowe myśli © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka