Uwaga!


Wszystkie teksty zawarte na blogu Aleksandrowe myśli, chronione są prawem autorskim [na mocy: Dz.U.1994 nr24 poz.83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994r o prawie autorskim i prawach pokrewnych]. Kopiowanie treści, choćby fragmentów oraz wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp itd wymaga pisemnej zgody autorki bloga.

Translate

Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WFW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WFW. Pokaż wszystkie posty

Lody o smaku tęczy, Inga Krzyk


Życie to nie tylko blask, radość, chwile szczęścia. To również czas bólu, cierpienia, łez, zawiedzionych marzeń, oczekiwań, zwątpienie we własną wartość i cel na przyszłość.
Boleśnie przekonała się o tym bohaterka debiutanckiej powieści Ingi Krzyk, "Lody o smaku tęczy".

Dwudziestosiedmioletnia Weronika Gajewska pozornie prowadzi szczęśliwe życie. Ma wyrozumiałego, kochającego, przystojnego, zaradnego męża, stałą pracę i małe acz przytulne mieszkanko w miejscowości K. Jednak pod cieniutką słodką, lukrową warstewką skrywa się ciemna i okrutna prawda. W zaciszu domowych pieleszy, z partnera wychodzi druga natura, despotyczna, roszczeniowa, cyniczna. Kariera zawodowa również nie należy do udanych. Zbyt dużo obowiązków, brak uznania, śmieszna wypłata na koniec miesiąca... Czy w tej rodzinie znajdzie się miejsca na prawdziwą, niczym nie zmąconą chwilę radości. Wydaje się, że tak. Weronika oczekuje pierwszego, wymarzonego, wytęsknionego dziecka. Niestety mąż nie cieszy się na powiększenie rodziny i jakby los wychodzi mu na przeciw. Kobieta traci ciążę. Od tego momentu jej życie wali się jak domek z kart, nie pozostawia złudzeń, rujnuje marzenia.

Weronika to zwyczajna dziewczyna, którą śmiało mogłabyś być Ty czy ja. Nie ma wygórowanych ambicji i złożonych oczekiwań. Pragnie ciepła, miłości, stabilizacji, partnerstwa. Jak wiadomo miłość jest ślepa, a w jej przypadku przysłoniła prawdziwe oblicze i osobowość ukochanego. Jego despotyczną naturę traktuje jako coś oczywistego i biernie poddaje się jego woli, począwszy od przeprowadzki po model rodzinny. A szanowny małżonek chciałby tradycyjną żonę, która ugotuje, posprząta i cierpliwie poczeka z kapciami pod drzwiami mieszkania. Dlaczego Weronika godzi się na takie życie? Może dlatego, że jest nieśmiała, a uwielbienie dla Marka nie pozwala jest obiektywnie spojrzeć na swój związek. Dopiero strata ciąży, ogromna trauma i kolejne niesprawiedliwe traktowanie, otwiera jej oczy na prawdziwy świat, pełen bólu, rozpaczy, brudu ludzkich pragnień i namiętności.

Uczucia i emocje przedstawione w książce są bliskie rzeczywistości. Nie ma w nich przesady, przejaskrawienia. Poznajemy Weronikę w pełnym wachlarzu przeżyć. Jej życie było spokojną przystanią, ale kiedy nadeszła burza, zmiotła ze sobą cały porządek, pozostawiając pustkę, niepewność, ból, cierpienie. Żal i żałoba po stracie dziecka jest autentyczny, zawiera się od przerażającej otchłani rozpaczy, przez zachwianie wiary w siebie, w Boga, po obojętność.
Kolejne kłody, które rzuca jej niepokorny los, łamie jej poczucie wartości, jej moralny kręgosłup, ale jednocześnie daje porządną lekcję pokory.

Mam tylko jedno, małe ale... Jak dla mnie zbyt dużo nieszczęść spotyka jedną osobę. Nie znam nikogo tak okrutnie doświadczonego przez los, jak Weronika.

"Życie powoli zaczęło wprowadzać ją na drogę zawiłą i wysypaną stłuczonym szkłem sytuacji."

Inga Krzyk całkiem zgrabnie przedstawia swoją historię i wciąga w zawiły labirynt swojej wyobraźni. Pozwoliła mi na zaprzyjaźnienie się z bohaterką, trwanie przy niej na każdym etapie życia, obopólnego dialogu. Autorka skłania również do rozważań na temat sensu życia, poszukiwaniu własnego miejsca, często w brutalnej rzeczywistości oraz o próbie spełniania marzeń i poszukiwania nadziei nawet wtedy, kiedy świat legnie w gruzach.

"Lody o smaku tęczy" to opowieść o trudnych relacjach międzyludzkich, o toksycznej miłości, zdradzie własnych przekonań, poddaniu się biegowi wydarzeń oraz rozpaczy po stracie i żałobie. Polecam książkę Waszej uwadze.






Inga Krzyk "Lody o smaku tęczy", WFW, Warszawa 2014





Recenzja napisana dla serwisu DużeKa. Wiktorii i wydawnictwu WFW dziękuję za egzemplarz recenzyjny książki :)



Czytaj dalej...

Plan, Ewa Waluk

"Głupi człowiek, to człowiek bez wiary, który nie ufa nawet sobie. A szczęśliwy to ten, który mimo iż jest głupi, zawsze znajduje chociaż odrobinę nadziei."

Są w naszym życiu takie decyzje i wybory, które z perspektywy czasu i doświadczenia uważamy za głupie, niepotrzebne, niedojrzałe. Nie można niestety ich zmienić. Można za to odpokutować winę, naprawić głupotę i nie dopuścić by stare błędy powtarzać w przyszłości.

Karolina i Sławek, bohaterowie powieści "Plan" pozwolili by chwila, emocje, urażona duma i strach doprowadziły do zmiany trajektorii ich życia i na długi czas pogrążyła ich wzajemna nienawiść. Ale najpierw połączyła ich miłość, pasja i namiętność, która nie brała pod uwagę racjonalności, prawdy i szczerości dla otaczających ich ludzi. Kosztem innych budowali swoje szczęście. Z tego uczucia powstało dziecko, którego Sławek nie potrafił zaakceptować i z obawy przed odpowiedzialnością odrzucił miłość Karoliny. Dziewczyna decyduje się na samotne macierzyństwo, ucieka z rodzinnego miasta i próbuje na nowo ułożyć swoje życie. Od tej pory synek Kubuś jest dla niej jedyną pociechą. Tak mija dziesięć lat... Podczas rutynowych badań lekarskich, Karolina dowiaduje się, że jest chora na białaczkę. Lekarze nie dają jej nadziei na skuteczne leczenie i długie życie. Kobieta musi zaplanować przyszłość swojego dziecka. W tym celu postanawia wrócić do Słupska i zapoznać syna z ojcem. Czy Sławek stanie na wysokości zadania? Czy jest dla nich szansa na odbudowanie więzi?

Zdrada, romans, przypadkowa ciąża, przed laty, była sytuacją stygmatyzującą na całe życie. Mężczyźnie przypisywano chęć rozrywki, zabawy, wyszumienia, a także pozycję biednego uwiedzionego. Kobieta natomiast traciła wszystko, szacunek rodziny, otoczenia i stawała się tematem plotek, kpin, nienawiści. Obecnie normy obyczajowo- moralne nie są już tak restrykcyjne i seks pozamałżeński oraz wynikające z niego konsekwencje nie oburzają już tak opinii społecznej. Jednak ból odrzucenia, samotności, zburzenie spokoju, pogrzebania marzeń jest w dalszym ciągu ten sam. Macierzyństwo jest trudnym zadaniem w pełnej rodzinie, a staje się po wielokroć trudniejsze gdy trzeba wziąć wychowanie dziecka tylko na swoje barki.

Sytuacja Karoliny jest tyle lepsza, że miała zapewniony komfort finansowy i bez zbędnych wyrzeczeń mogła poświęcić się opiece nad synem. Oddała mu całą swoją  miłość, otoczyła czułością, troskliwością i nauczyła chłopca samodzielności, która zaprocentowała w przyszłości. Czytając powieść nie odczuwa się, żeby tym dwojgu czegoś brakowało. Jednak ich szczęście nie trwało długo. Lekarz, choroba, wyrok. Karolina, jak każda matka, chce zapewnić dziecku harmonijną i spokojną przyszłość. Uważa, że najlepszym rozwiązaniem jest powrót do domu, odnalezienie Sławka i powierzenie mu opieki nad ich dzieckiem. Ma mało czasu by przekazać swoje obowiązki i być pewna swojego wyboru.

Karolina musi odrzucić swoje emocje, obawy dla dobra syna. Zastanawia mnie, dlaczego tak późno... Dla dziecka na równi ważne są relacje z matką, jak i ojcem. Jednak wcześniej Karolina nie brała tego pod uwagę. Czyżby urażona duma była silniejsza niż szczęście Kuby? Dopiero choroba wymusza działania. Zastanowiło mnie także, dlaczego Karolina nie poprosiła o pomoc rodziców i siostry. Miała z nimi dobre relacje i liczyło się dla niej ich zdanie...

Podobał mi się za to pomysł na naprzemienną relację wydarzeń, narrację z perspektywy Karoliny i Sławka. Miałam okazję przekonać się jak tę trudną sytuację widzi kobieta i mężczyzna i czy ich przemyślenia pokrywają się, czy są od siebie kompletnie różne. Jak się okazuje każda z płci inaczej interpretuje życie, podejmuje decyzje, popełnia błędy. Na ich przykładzie autorka udowadnia jak ważna jest rozmowa, przedstawienie swoich argumentów i kompromisy. Trzeba pozwolić opaść emocjom i ponownie, na chłodno podejść do tematu.

Mam jedynie dwa zastrzeżenia do przedstawionej fabuły. Karolina zbyt łatwo i szybko poddała się swojej chorobie. Nie walczy, nie wariuje i mam wrażenie, że jest obojętna na swój stan, los, przyszłość. Czułam się również zdezorientowana opisami przebiegu białaczki u Karoliny. Tak jakby to było zwykłe przeziębienie , a nie poważny stan grożący utratą życia. Kobieta w jednym momencie źle się czuje, omdlewa, nie ma siły wstać z łózka, a zaraz potem wsiada do samochodu i jedzie na plażę...

Drugie zastrzeżenie dotyczy emocjonalnej powściągliwości. Autorka książki, Ewa Waluk sama przyznaje, że nie pozwala, aby targały nią emocje lub sponiewierały uczucia. I to jest doskonale wyczuwalne w treści. Historia jest bardzo zachowawcza, chłodna, brakuje jej intensywności, w której można było się zaczytać bez pamięci, wzruszyć i przejąć się dylematami matki będącej na granicy życia i śmierci.

Podsumowując, "Plan" to książka o przemijaniu, szukaniu szczęścia tam, gdzie trudno je dostrzec i umiejętności naprawiania błędów z przeszłości. Może i nie jest perfekcyjna ale daje do myślenia, zastanawia, intryguje.





Ewa Waluk "Plan", WFW, Warszawa 2014




Recenzja napisana dla serwisu Zaczytajsię. Gosi i wydawnictwu WFW dziękuję za egzemplarz recenzyjny książki :))





Czytaj dalej...

Martyna Czarnecka "Szkarłatny księżyc"


Schyłek XVIII wieku to jeden z istotniejszych i znamiennych okresów w historii Francji. Niezadowolenie ludu, rozrzutność króla Ludwika XVI, klęski żywiołowe, zamieszki, rewolta ukształtowały ówczesne społeczeństwo i przyszłość narodu. Jest również tłem dla życia dziewiętnastoletniej arystokratki Anette de Flandrin, bohaterki powieści  "Szkarłatny księżyc" Martyny Czarneckiej.

Anette mieszka w Paryżu i jest jedną z dwóch córek doradcy Najjaśniej Panującego Ludwika XVI. Żyje spokojnie, beztrosko w luksusowej rezydencji, a wolny czas spędza na haftowaniu i zabawie na wytwornych paryskich balach. Na jednym z nich poznaje hrabiego Jean- Claude de Conte. Między młodymi rodzi się namiętne uczucie, które ma zwieńczyć korzystny mariaż. Anette szybko się przekonuje, że piękno fizyczne nie zawsze idzie w parze z prawym zachowaniem. Hrabia okazuje się rozpustnikiem i oszustem. Rodzina de Flandrin zrywa zaręczyny, a zrozpaczoną narzeczoną wywozi z miasta. Dziewczyna ma zamieszkać z dawno niewidzianą, dość nieokrzesaną, frywolną ciotką Margot. Na miejscu odkrywa pilnie strzeżoną rodzinną tajemnicę, która zmieni całe jej życie.

Anette nie jest potulną córką i siostrą. Tłumi w sobie chęć smakowania i doświadczania życia. W Paryżu musi odgrywać rolę grzecznej panienki z dobrego domu. Na wsi u ciotki może pozwolić sobie na więcej, na bezceremonialność, swobodę i luz. Dopiero wtedy odkrywa swoją prawdziwą naturę, uczy się oceniać ludzi po zachowaniu a nie pozycji i statusie, poznaje przyjaźń, miłość, bezinteresowność, oddanie, zaufanie i historię swojej rodziny. Wiedza ta zmienia ją z infantylnego, bujającego w obłokach podlotka w świadomą własnych wyborów młodą kobietę.

Tło historyczne naszkicowane bardzo realnie,poprawnie, ze znajomością tematu i ciekawie ujęte w koncepcji powieści. Niebezpieczeństwo ukryte w szaleństwie rewolucji wpływa na życie Anette i całej rodziny. Zmusza dziewczynę do trudnego wyboru rozstania się z rodziną i emigracji do Anglii, do miejsca gdzie wielu francuskich arystokratów znalazło schronienie, wolność, bezpieczeństwo i życie.
W nowym kraju Anette musi przystosować się  nie tylko do nowych warunków bytu ale i poradzić sobie ze stratą, żałobą i na nowo odbudować poczucie własnej wartości.

W ogólnym rozrachunku, pozytywnie oceniam powieść Martyny Czarneckiej. Podobało mi się, że młoda autorka spróbowała stylizować język na pochodzący z epoki, zadbała o szczegóły, płynność, jednorodność, ale nie uniknęła niestety kilku potknięć. Atmosfera, napięcie, niewiadome wokół rodzinnej tajemnicy mogłoby być bardziej rozbudowane, nawarstwione, wystopniowane, a odnalezienie odpowiedzi powinno być poprzedzone dłuższym poszukiwaniem, kluczeniem, dywagowaniem. Również niektóre zachowania Anette, historie postaci drugoplanowych zostały za bardzo spłycone i okrojone do minimum, a niektóre wątki zawieszone: los rodziny pozostawionej w szale rewolucji we Francji, budząca niepokój groźba Jean- Claude, przeszłość ciotki Margot.

Mam nadzieję, że Martyna Czarnecka skorzysta z moich uwag, podszlifuje warsztat i wróci z rewelacyjną powieścią.





Martyna Czarnecka "Szkarłatny księżyc", WFW, Warszawa 2014




Recenzja napisana dla serwisu DużeKa.


Czytaj dalej...

Marcin Kozłowski "Egzorcyzm"

Jestem wielką fanką literatury grozy również w rodzimym wydaniu. Staram się trzymać rękę na pulsie i poznawać nowe nazwiska aspirujące do zaistnienia w tym gatunku. Tym razem zdecydowałam się zaznajomić z książką Marcina Kozłowskiego "Egzorcyzm".

Do szpitala psychiatrycznego zostaje przyjęty pacjent z ostrym zaburzeniem świadomości. Zachowuje się agresywnie. Jak się szybko okazuje jest niebezpieczny nie tylko dla siebie ale i dla całego otoczenia. W trzeciej dobie pobytu w szpitalu brutalnie gwałci i morduje młodą pielęgniarkę. Od tego czasu jego zachowanie staje się coraz bardziej niewytłumaczalne, niezrozumiałe i budzi przerażenie wśród personelu medycznego, ochroniarzy i policji.

Z przykrością muszę stwierdzić, że znajomość z książką nie zakończyła się przyjaźnią. Sam pomysł choć nie jest zbyt oryginalny można sprzedać gdy budowane warstwy, jedna po drugiej, będą intrygujące, będą płynnie się zazębiać, a wykonanie okaże się nienaganne. Niestety, tym razem się nie udało. Pan Marcin poszedł po najmniejszej linii oporu. Zraził mnie tendencyjnym potraktowaniem pensjonariuszy zakładu psychiatrycznego, sugestii, że chorzy są "psycholami", złem samym w sobie i zagrożeniem dla "normalnych" przedstawicieli społeczeństwa oraz mało wiarygodną pracą komisarza Lancewicza. Nie wyobrażam sobie by funkcjonariusz policji, w XXI wieku, bez mrugnięcia okiem przyjął za główny motyw zbrodni nawiedzenie przez demony. Nie mówiąc już o wątku samobójczej śmierci starszej kobiety, wtrąconych bez wyraźnego powiązania, rozwiązania i zakończenia. Wszyscy bohaterowie wydają się jakby pochodzili z innej bajki. Nikt do siebie nie pasuje, wszyscy wydają się być niekompetentni. Przyznam szczerze, że nie znam procedur szpitalnych, ale jeżeli ma się pod opieką niebezpiecznego pacjenta, wydaje mi się, że należy z większą ostrożnością wykonywać swoje czynności zawodowe. Ponad to nic nie wiemy o nowo przybyłym pacjencie. Nie wiemy jak ujawniła się jego choroba. Dlaczego wymaga hospitalizacji. Z jakiego powodu został uznany za niebezpiecznego. Nic nie wiemy również o doktorze Jankiewiczu. Czego się obawia? Dlaczego przyjął niebezpiecznego pacjenta do swojej placówki. Co mu ten pacjent insynuuje, co o nim wie? Jedyną sensowna postacią jest ksiądz Bartłomiej, który jest egzorcystą. Ten kierunek powieści najbardziej mi się spodobał i był najbardziej wiarygodny.

Jednak najbardziej nie podobała mi się scena gwałtu na młodej pielęgniarce. Mam wrażenie, że nie jest ona do końca przemyślana i dopracowana, a jej brutalność ma jedynie zaszokować i nie niesie za sobą nic więcej. Zestawienie seksualnej przyjemności, orgazmu z pierwotną siłą rozrywającą kobiecie pochwę i inne organy wewnętrzne jest nie na miejscu. To wielka sztuka opisać sceny brutalne i nie pozbawić ich sensu oraz spójności z całą koncepcją książki. Moim zdaniem frazę tę śmiało można by pominąć bez szkody dla treści i znaczenia dla całej historii .

Na całe szczęście książkę czyta się szybko, szkoda tylko, że bez entuzjazmu.





Marcin Kozłowski "Egzorcyzm", WFW, Warszawa 2014



Recenzja napisana dla serwisu DużeKa. 




Czytaj dalej...

Wampiry opanowały świat

Kolejny raz jakiś śmiałek próbuje zmierzyć się z tematyką wampirów, który wydaje się być już mocno wyeksploatowany, nie wróży wielu nowatorskich pomysłów, i który sukcesywnie spychany jest przez nowy nurt książek dla młodzieży New Adult czy Young Adult. Lecz jako zdeklarowana wielbicielka krwiopijców nie mogłam odmówić sobie przyjemności poznania i przeczytania najnowszej pozycji wkraczającej na polski rynek wydawniczy- "Dystrykt 121". Czy Maria Wicik zaspokoi moje oczekiwania?

Jest rok 2029. Władzę nad światem sprawują niebezpieczne i głodne ludzkiej krwi wampiry. Ochroną przed atakami nieumarłych są dystrykty, których pod żadnym pozorem nie można opuszczać. W jednym z nich, 121- szym, mieszka wraz rodzicami i siostrami:  bliźniaczką Alex, Suzy i Tami, siedemnastoletnia Rose. Codzienność rodziny nie różni się za bardzo od życia statystycznej licealistki naszych czasów: szkoła, dom, przyjaźnie, pierwsze miłostki, niesnaski z rówieśnikami czy kłótnie z rodzeństwem. Do czasu. Rose zostaje wybrana i otoczona specjalną opieką przez najstarszego, najpotężniejszego i sprawującego władzę nad całym światem wampira- Mitchell' a Valteros' a. Na znak tego nietypowego przymierza nastolatka otrzymuje rodową bransoletę. I od tej chwili życie dziewczyny wywraca się do góry nogami. W nocy nawiedzają ją mrożące krew w żyłach koszmary, a w dzień wizje przeszłości i przyszłości. Kiedy w dystrykcie ktoś w brutalny sposób zaczyna zabijać ludzi, nastolatka wydaje się być jedyną osobą, która potrafi rozwikłać zagadkę tych zbrodni i tajemniczych proroctw.

Rose to młoda dziewczyna pełna słodyczy, od której momentami mdli i robi się ciężko na żołądku. Moim zdaniem jest zbyt wyidealizowana. Jej zachowanie jest zawsze zgodne z wszelkimi normami społecznymi nieskalane pychą, zazdrością, egoizmem, nieżyczliwością ani żadnym innym grzechem z listy znanej nam z lekcji religii. Jej zupełnym przeciwieństwem natomiast jest Alex, zła do szpiku kości przesiąknięta nienawiścią do siostry bliźniaczki. Dialog między dziewczętami jest skrajnie negatywny, szarpiący nerwy i budzący zdecydowany sprzeciw. Zdziwiło mnie więc zachowanie rodziców, którzy ani razu nie wykonali żadnego ruchu, zdecydowanych kroków celem rozdzielenia sióstr. W ogóle ich opieka nad córkami była nietypowa: bez oporów pozwalali na kontakt Rose z dorosłym , ba bardzo dojrzałym, parusetletnim wampirem, ze spokojem patrzyli na notoryczne spóźnienia, nie interesowali się podejrzanym znikaniem Alex i nie zauważali jej nieciekawej opinii wśród rówieśników. Niby byli a jakby nieobecni, bez autorytetu, bez posłuchu, bez szacunku.
Wampiry niczym mnie nie zaskoczyły: niespotykanie silni, szybcy, nerwowi, unikający słońca i bardzo, bardzo kochliwi :)

Jak zauważyliście bohaterami  "Dystryktu 121" są nastolatkowie więc to ich życie wysuwa się na pierwszy plan. Rozterki, zainteresowania i przeżycia dziewczyn typu: jak z brzydkiego kaczątka zmienić się w łabędzia, jak zwrócić uwagę przystojnego chłopca czy rozmowy o pocałunkach i pierwszych seksualnych doświadczeniach będą bliskie młodszej grupy czytelników, gdyż to oni żyją tym na co dzień. Dla mnie doświadczonej już życiowo żony i matki ta obyczajowa, codzienna część książki wypada mało atrakcyjnie.

Zachwyciły mnie natomiast wątki typowo fantasy: wizje Rose, realistyczne koszmary i tajemniczy, brutalni mordercy, którzy mają zamiar zniszczyć ludzki gatunek. W tych momentach Maria Wicik urzeka bujną wyobraźnią, idealnie stopniowanym napięciem i utrzymaniem gęstej atmosfery mroku i grozy.

Zabrakło mi jedynie dłuższego pochylenia się nad genezą powstania dystryktów. Jaki był  konkretny impuls, który wymusił ich powstanie? Interesuje mnie również jaka była sytuacja ludzi tuż przed i tuż po przesiedleniach, w jaki sposób i dlaczego wampiry, tak nagle, zaczęły żerować na ludzkiej krwi. Co wyzwoliło ich brutalność?

Fabuła jest zatem nierówna i przypomina sinusoidę miałkiej obyczajówki z intrygującym paranormalem. Sytuacji nie polepszyła słaba korekta powieści. Literówki są irytującą plagą.

Maria Wicik jest młodą autorką i do tego debiutantką. Podziwiam jej pasję, odwagę, konsekwencję i zdecydowanie w realizacji swoich marzeń. Dlatego jestem w stanie przymknąć oko na niedoskonałości, tym bardziej, że opowiedziana historia zaintrygowała mnie na tyle by sięgnąć po drugi tom serii Wybranka Losu.






Maria Wicik "Dystrykt 121", Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2014




Recenzja napisana dla serwisu DużeKa :))) Za egzemplarz recenzyjny książki dziękuję Wiktorii i Warszawskiej Firmie Wydawniczej :)



Czytaj dalej...

Swoje miejsce na ziemi

"Bo każdy ma takie miejsca, wyspy, na które chciałby pojechać i żyć tam szczęśliwy. Takie wyspy to nie tylko miejsca gdzieś daleko, ale uczucia najbliższe naszemu sercu i duszy."

Znaleźć swoje miejsce na ziemi wcale nie jest łatwo. Każdego dnia trzeba pokonywać przeszkody, bariery i mierzyć się ze słabościami. Trzeba także z odwagą podejmować decyzje, stanowczo trzymać się własnego zdania i często tłumaczyć z podejmowanych wyborów.

Lola ma jasno określony cel, plan na życie, który z pieczołowitością i stanowczością realizuje krok po kroku. Nie interesują ją półśrodki i nie godzi się na kompromisy. Chce robić to co lubi, spotykać się z kim chce, podróżować po świecie, mieszkać tam gdzie każdy poranek przywita uśmiechem, gdzie wszystkie zmysły zwiastują przyjemność, gdzie radość życia nie jest liczona w sekundach. Czy Lola znajdzie swoje wyspy szczęśliwe?

Główna bohaterka jest pewna siebie, świadoma własnej wartości i doskonale ukształtowana na miarę współczesnego świata. Nie uznaje słabości i nie wyobraża sobie braku kontroli nad własnym życiem. Jest niezależna, czasami wyniosła i arogancka, wie na co może sobie pozwolić i ma zdanie na każdy temat. Lola jest postacią, którą nie wszyscy z miejsca obdarzą sympatią. Niezbyt lubimy silne, bezkompromisowe jednostki. Z początku mnie również nie zachwyciła, być może dlatego że sama jestem jej przeciwieństwem- nieśmiała i zakompleksiona. Później spodobała mi się jej charyzma, konkretność, determinacja, sarkastyczny ton i szczerość na każdym poziomie życia.
Beata Katarzyna Tyszkiewicz przybliża swoją bohaterkę poprzez retrospekcje. Poznajemy ją jako małe dziecko, nastolatkę, dorosłość. Obserwujemy wpływ jaki na wychowanie dziewczynki ma dziadek. To on w głównej mierze kształtuje jej osobowość, wpaja zasady moralne, etyczne oraz buduje jej tożsamość, poszanowanie dla godności każdego człowieka, szacunku do pracy, pieniądza ale przede wszystkim do wolności wyboru, decyzji, świadomości społecznej, politycznej.

„Lola, musisz wierzyć tylko w siebie, bo prawda jest w każdym człowieku i nie potrzebujesz żadnej wiary czy religii, musisz znaleźć swój własny świat, własną drogę w sobie samej, bo każde życie potrzebuje sensu”. 

Lola poszukuje swojego miejsca na ziemi, azylu określanego przez autorkę mianem wysp szczęśliwych. Uczestniczymy w kolejnych podróżach przez Europę i Afrykę. Nie tylko oczami ale wszystkimi zmysłami obserwujemy i odbieramy odwiedzane kraje, los kobiet (ten temat wydaje się być szczególnie bliski Pani Tyszkiewicz), porównuje ludzi jako społeczeństwo, światopogląd, obyczaje, religię, standard życia, smaki, potrawy, zapachy, muzykę, widoki. Nie zabrakło również obiektywnego podsumowania dokonań Polski i Polaków. Podkreślona została narodowo- społeczno- poglądowa hipokryzja naszych rodaków. I ten wątek może przynieść falę krytyki, bo choć sami między sobą lubimy ponarzekać na to i owo, to publiczna, surowa ocena nie wszystkim będzie w smak. Zgadzam się z większością poglądów, obserwacji ale jak na moje oko zbyt dużo jadu, wylanej żółci.

Podobał mi się za to język powieści- prosty, jednoznaczny, dosadny, erotyczny i mocno ironiczny, smagający ciętą ripostą. Beata Katarzyna Tyszkiewicz nie koloryzuje, nie ubarwia a dużą dozą realizmu przedstawia świat, tak jak go widzi i odbiera. Pokuszę się o stwierdzenie, że książka ma w sobie wiele wątków autobiograficznych. Autorka w życiu prywatnym również podróżuje i kadry osobistych doświadczeń zaserwowała w tej lekkostrawnej pigułce.

"Wyspy szczęśliwe" to książka o poszukiwaniu siebie, własnego miejsca na ziemi, fascynacji człowiekiem,miłością, muzyką, poezją, przyrodą i kulturą i odbieraniem świata wszystkimi zmysłami.




Beata Katarzyna Tyszkiewicz "Wyspy szczęśliwe", Warszawska Firma Wydawnicza, Warszawa 2013





Za możliwość przeczytania książki  dziękuję autorce- Pani Beacie Tyszkiewicz :))) Dziękuję za okazane zaufanie :)


Czytaj dalej...

Marionetka

W życiu trzeba być odpowiedzialnym za swoje poczynania, a nie biernie poddawać się losowi i być bezwolną lalką na usługach innych. 

Dagmarę i Norberta połączyła miłość od pierwszego wejrzenia, szalona i nieobliczalna. Kobieta zafascynowana jego silną osobowością, charyzmą, umiejętnością życia w równowadze, składa mu w darze własną wolę i staje się marionetką w jego rękach. Bez słowa sprzeciwu rzuca studia, rodzinę, przyjaciół, kraj, ojczyznę i wyrusza szukać szczęścia na zachodzie, w Niemczech. „Ponieważ ON tak chciał”.

Mija kilkanaście lat. Dagmara jest idealną żoną i matką, ulepioną i wymodelowaną według uznania Norberta. Spełnia w lot każde jego życzenie i podporządkowuje mu się w każdej sytuacji. Nie ma prawa głosu, nie podejmuje nawet najprostszych decyzji. Sama na obczyźnie, pozbawiona bratniej duszy dojrzewa do buntu. Najpierw odkrywa pasję, która początkowo pomaga jej odkryć siebie i własne potrzeby, a potem staje się odskocznią od szarej, codziennej rutyny.

Pewnego dnia na swojej drodze spotyka przyjaciela z dziecięcych lat. On staje się wentylem bezpieczeństwa, iskrą rozpalającą poważny konflikt i zapowiedzią zmian...

Halina Biedroń konkretnie, z taktem, wyczuciem i dbałością skomponowała postać Dagmary. Mamy do dyspozycji jej przemyślenia, emocje, doświadczenia, decyzje, stosunek do znajomych, przyjaciół i dzieci. To wszystko buduje jej charakter i osobowość. Odczuwamy jej przygnębienie, smutek i żal z powodu tego, że dała się tak podporządkować. Choć jest bardzo mocno związania uczuciowo z mężem, to zaczyna jej przeszkadzać życie ustawione pod linijkę. Ma dość bycia idealną na co dzień, od święta, w łóżku i poza domem. Czuje się jak bezwolna lalka ubierana i dowożona na miejsce kolejnych spotkań, proszonych obiadów, rautów. Jedynie malarstwo pozwala jej poczuć się wolną, poczuć się sobą i robić dokładnie to, na co ma w danej chwili ochotę. W licznych retrospekcjach odkrywamy zupełnie inną Dagmarę - pełną werwy, pasji, z ochotą do zabawy i skorą do żartów. Ta Dagmara skrywa się pod powierzchnią teraźniejszej marionetki i bardzo pragnie wydostać się na zewnątrz. Czy ulegnie transformacji i wyrwie się na wolność?

Norbert od samego początku nie wzbudził mojej sympatii. Chociaż Dagmara z własnej woli oddała mu swoją osobowość, to on niestety bez zastanowienia i skrupułów to wykorzystywał. Spotkanie z Igorem rozpoczyna szereg zmian w życiu małżeństwa Wajs. Czy wyjdą im one na dobre?

Halina Biedroń oprócz skomplikowanych relacji damsko-męskich i podporządkowania swojego losu jednej osobie, pokazała czytelnikowi jak ważne w życiu jest posiadanie pasji. Chwile do osobistego rozwoju, bycia samym ze sobą, otworzeniem się na świat i budowa własnej wartości jest potrzebą należną każdemu człowiekowi. Autorka daje przykład na to, jak pasja może zmienić życie, ale i równie szybko je zniszczyć. Tak, jak z wszystkim potrzebny jest zdrowy rozsądek i umiar, by nie zagalopować się z marzeniami i nie żyć tylko nimi i dla nich.

Halina Biedroń doskonale stopniuje napięcie i atmosferę zmierzającą do kulminacyjnego starcia pomiędzy małżonkami. Wiadome jest, że coś się święci i tylko należy poczekać na to, co ma się wydarzyć. Jednak zakończenie tego wątku zupełnie nie przypadło mi do gustu. Jak dla mnie rozwiązanie nastąpiło zbyt szybko i mało wiarygodnie. Tak jakby autorce zabrakło woli, chęci lub pomysłu.

„Chwile zamknięte w obrazach” to zgrabna opowieść o toksycznej miłości, wyzwalającej mocy pasji i sile prawdziwej przyjaźni. To druga powieść w dorobku Haliny Biedroń, a moje pierwsze spotkanie z jej twórczością. Lekkie operowanie piórem, barwny, plastyczny język i płynne unoszenie czytelnika na fali powieści spodobało mi się na tyle, że chciałabym poznać również debiutancką książkę autorki.





Halina Biedroń "Chwile zamknięte w obrazach", WFW, Warszawa 2013



Podsumowanie

Plusy:
- doskonały portret kobiety zagubionej w meandrach miłości
- idealnie scharakteryzowana główna bohaterka
- historia, która może przytrafić się każdemu
- przykład na to, jak ważne w życiu jest posiadanie pasji
- przestroga przed zamknięciem się w świecie pasji
- siła przyjaźni
- sprawne dawkowanie napięcia

Minusy:
- za szybkie i mało wiarygodna zakończenie ważnego wątku

Jednym zdaniem:
Nowy, ciekawy głos w polskiej literaturze kobiecej.


Recenzja napisana dla serwisu DlaLejdis.pl, któremu bardzo dziękuję za egzemplarz recenzyjny książki :)))



Czytaj dalej...

Kocia najemniczka

"Na końcu setnego roku dwutysięcznych lat ludzie zaczną jednoczyć się w niewoli , zgotowanej przez samych siebie, wspólnie stawiając czoła wiatrom niosącym śmierć. Zaprzestaną wojen między sobą, zapomną o chorobach, które w historii pochłonęły niezliczoną liczbę istnień. Wszystko po to, by stawić czoła nowemu zagrożeniu, jakie wypełzło z głębi ziemi, zmieniając jej oblicze o sto osiemdziesiąt stopni (...) Piekło na ziemi. Nie, to ziemia zmieszała się z piekłem."

Ziemię opanowały demony, które za wszelką cenę chcą zniszczyć wszelkie ludzkie istnienie. Śmiało sobie poczynają gdyż nie mają godnego siebie przeciwnika. Do czasu. Ginko to siedemnastoletnia yokai- potomek demona i człowieka. Pod opieką Sensei uczy się kontrolowania własnych mocy i kierowania ich w potwory żerujące na ludzkiej krwi. Sensei jest nie tylko jej nauczycielką, mistrzynią i opiekunką ale również najemniczką wykorzystującą krwawe żądze swojej podopiecznej do zdobywania władzy i pieniędzy. Nikt nie przypuszczał, że siła Ginko przerasta moce Sensei. Co się wydarzy kiedy obie staną do pojedynku? Czy walka to jedyny sposób aby się usamodzielnić?

Ginko a właściwie Nicole De Vries jako mała dziewczynka została porzucona przez ojca. Mężczyzna z premedytacją zostawił ją na środku ulicy, gdzie mógł ją dopaść każdy żądny krwi demon. Na szczęście Ginko to bardzo inteligentny yokai i szybko zdała sobie sprawę z własnych mocy i bez skrupułów czyniła z nich użytek w chwili zagrożenia życia. Mordowanie czy to ludzi czy demonów nie sprawiało jej żadnych problemów, nie zawracała sobie głowy również czymś tak prozaicznym jak dylematy moralne. W ogóle nie rozpatrywała i nie rozpatruje śmierci w kwestii dobro czy zło- te słowa i ich sens nie ma dla niej żadnego znaczenia. Liczy się jedynie adrenalina zalewająca ciało w chwili śmiertelnych pojedynków.
Dopiero Sensei temperuje wybuchowy charakter Ginko i kierunkuje jej mordercze żądze wyłącznie w demony. Łączą je szorstkie więzy, przyjaźnią nie można tego nazwać z całą pewnością. Ścierają się na każdym kroku, a od Ginko bije chęć uwolnienia się spod włądzy Sensei.

Sensei jest bardzo tajemniczą bohaterką książki. Wiadome jest jedynie jej pochodzenie i status w tym przedziwnym, fantastycznym świecie. Jest silna i posiada nadnaturalne moce ale nie pała żądzą walki i zabijania. Sensei zdobywa kontrakty i rozlicza gotówkę. Więcej o Sensei możemy się dowiedzieć kiedy ta powraca w rodzinne strony, ale i tu po chwili natrafiamy na mur, zmowę milczenia i tajemnicy.

Czarnym charakterem książki, oprócz wszelkiej maści demonów, jest ojciec Ginko, Alvaro De Vries. Od lat próbuje on rozpracować budowę, strukturę, moce i umiejętności demonów. W tym celu rozkochał w sobie matkę Ginko i spłodził z nią dziecko. To dało mu materiał do pracy naukowej na długie lata. Ginko była prywatnym królikiem doświadczalnym ojca, a kiedy zaczęła być dla niego zagrożeniem, pozbył się jej bez skrupułów. Ponowne spotkanie córki z ojcem ma dość dramatyczny przebieg. Mężczyzna chce ponownie rozpocząć przerwane eksperymenty...
Alvaro nie zasługuje na miano- taty i zaufanie swojego dziecka. Całym swoim życiem i postępowaniem udowodnił swój egoizm i brak ludzkich uczuć. Przez długi czas udało mu się wykorzystywać dwie osoby, których życie powinno być dla niego najważniejsze. Teraz, mam nadzieję, przyjdzie mu za to zapłacić.

Postapokaliptyczne krajobrazy świata wykreowane przez Karolinę Michalską są surowe, nagie, ostre ale uładzone już i przystosowane przez mieszkańców nowej ziemi. Obfituje we wszelakie odmiany i mutacje demonów. Jedne są groźne, niebezpieczne, o wyglądzie prehistorycznych gadów czy smoków, inne posiadają całkiem przyjemną aparycję. Dowodem tego jest Ginko, którą od człowieka odróżniają jedynie oczy z pionowymi źrenicami, kocie uszy i ogon. Jednak niech wygląd demona nie zwiedzie Cię Drogi Czytelniku, posiada on moce i broń, z którą trudno wygrać zwykłemu śmiertelnikowi.
Scen walki jest sporo w książce i na szczęście nie opisuje ich multum fachowych nazw i określeń. Autorka postarała się o prosty i klarowny przekaz.

W odróżnieniu od innych książek w tym gatunku, w "Ginko" brakuje zdecydowanego wątku miłosnego. Owszem znajdziemy jakieś zauroczenie, poczerwieniałe ze wstydu policzki, niezgrabne wyznanie, ale romansu porywającego serce nie znajdziecie. Główna bohaterka z resztą sama przyznaje: "Miłość unika mnie jak ognia, zresztą z wzajemnością."

"Ginko. Księżycowy miesiąc" to ciekawa i dość oryginalna opowieść o dziewczynie żądnej krwi, adrenaliny, walki. Nie liczą się dla niej układy, reguły, majątek. Chce jedynie podążać za swoim instynktem co sprowadza na nią coraz to nowe przygody i niebezpieczeństwa. Chcielibyście poznać Ginko?





Karolina Michalska "Ginko. Księżycowy miesiąc", WFW, Warszawa 2013




Podsumowanie


Plusy:
- dość oryginalny pomysł
- ciekawie wykreowany świat fantasy
- różnorodni bohaterowie
- brak zdecydowanego wątku miłosnego
- wartka akcja
- podzielona narracja
- dużo walk wręcz oraz z użyciem broni tradycyjnej i magicznej
- ekscytujące pojedynki
- różnorodność demonów i ich wszelkich odmian

Minusy:
- niektóre opisy zbyt rozwlekłe, wybijające z rytmu
- momentami nużąca

Jednym zdaniem:
Wielbiciele fantasy z pewnością odnajdą się w tej książce.


Recenzja napisana dla serwisu Zaczytajsię, któremu dziękuję za egzemplarz recenzyjny książki :))))) Dziękuję za okazane zaufanie :)


Czytaj dalej...

"Angelus" Anna Gręda

Zauważyłam, że w gatunku paranormal romanse rozpoczyna się nowy nurt i dotyczy on Aniołów. Co na tle wampirów, wilkołaków i innych tego typu stworów, które co miesiąc zalewają rynek wydawniczy w Polsce i na świecie, stanowi miłą odmianę, wnosi powiew świeżości i oryginalności.

Po książki z elementami fantastyki w wykonaniu rodzimych pisarzy, zawsze sięgam z ogromną ciekawością ale i ogromną rezerwą. Obawiam się przede wszystkim powielania sprawdzonych tricków, scen i schematów. W "Angelus" pióra młodziutkiej autorki Anny Grędy moje obawy po części sie potwierdziły.  Akcja rozgrywa się w środowisku współczesnej młodzieży. Skąd my to znamy? Bohaterką jest zamknięta w sobie, wyobcowana, po przejściach siedemnastoletnia Anna. Po tragicznej śmierci ojca odseparowuje się od przyjaciół, jej jedyną odskocznią jest muzyka - w niej się odnajduje i przez nią się wyraża. Gdy w szkole pojawia się nowy uczeń, życie nastolatki ulega całkowitej przemianie... I to już kiedyś, gdzieś czytałam...

Choć zarys fabuły jest sztampowy to muszę przyznać, że pani Anna świetnie poradziła sobie z przedstawieniem postaci i określeniem ich zachowania. Trafnie uchwyciła problemy nastolatków tj. rozstanie z sympatią, kłótnie z matką, rozwód rodziców czy śmierć bliskiej osoby.  Bohaterowie nie są ani infantylni ani zbyt dojrzali jak na swój wiek, dodatkowo posługują się językiem dobrze nam znanym z ulic.
Autorka pozwala utożsamić się z wybraną postacią, wczuć się w jej emocje i doznania. 

Te część książki oceniam pozytywnie. Odrobinę gorzej było od strony paranormalnej. Nie czepiam się samych Angelusów (potomków upadłych aniołów i człowieka). Charakterystykę tych postaci uważam za udaną, a nawet efektowną. Podobała mi się ich umiejętność reinkarnacji i pamięć o przeszłych wcieleniach oraz nadprzyrodzone zdolności. Drażniło mnie natomiast to, że Anka i jej przyjaciółka Monika tak łatwo i tak szybko uwierzyły w historię przedstawioną przez Angelusy- Pawła i Dymitra oraz w swą prawdziwą tożsamość. Zabrakło mi większej dramaturgii w odkrywaniu tej prawdy, niedowierzania, bicia się z myślami. A tu: nic je nie dziwi, wszystko przyjmują bez mrugnięcia okiem. Przemiana- ok, co to takiego, pojedynek z demonem- to przecież pestka, każdy potrafi...

Moim zdaniem za szybko Anna Gręda przeskoczyła z rzeczywistości do tej zaczarowanej i nieodkrytej strony naszego świata. Nie pozwoliła czytelnikowi rozkoszować się czarem niedomówienia i odkryć magii świata pomiędzy.

Reasumując "Angelus" Anny Grędy mimo kilku minusów, warto przeczytać. Chociażby dlatego by poznać głos polskiego pisarza w gatunku paranormal romanse. Czy ten głos ma szansę przebić się wśród doskonałych, zagranicznych propozycji? Musicie ocenić sami.
 
"Angelus" to pierwsza część serii Requiem dla aniołów. Kontynuację losów Anki, Moniki, Pawła i Dymitra znajdziecie w "Zdrajcy".
 
 
Anna Gręda "Angelus", WFW 2012, ISBN:  978-83-7805-003-2
 
 
 
>>4-/6<< 
Anna Gręda (ur. 1996r.) mieszka w niewielkiej wsi w województwie kujawsko-pomorskim. Jest uczennicą liceum plastycznego. Za namową przyjaciół i rodziny postanowiła zrealizować swoje pisarskie marzenia. Powieści autorki to romanse, czasami połączone z kryminałem, sensacją lub fantastyką. Pierwsza książka autorki została wydana pod pseudonimem Tina Jane Anderson.
Jest fanką twórczości Nory Roberts, Karen Rose, a także Tami Hoag, Jayne Ann Krentz oraz Lucy Dillon.







Recenzja napisana dla serwisu DużeKa. Za egzemplarz recenzyjny bardzo dziękuję pani Kasi i wydawnictwu WFW



Czytaj dalej...

"Zielone oczy Mariny" Anna Sznajder

Wydawca: Warszawska Firma Wydawnicza
Liczba stron: 178
ISBN: 978-83-7805-060-5
Rok wydania: 2011
Format: 140x200 mm
Moja ocena: 4+/6
 
Sięgając po "Zielone oczy Mariny", od razu zwróciłam uwagę na nostalgiczną okładkę. Plaża, morze, samotna kobieta. Jakbym widziała siebie!


Kiedy chcę się uspokoić, zebrać myśli, znaleźć rozwiązanie - idę popatrzeć w morze. Mój sposób na kłopoty i treść książki wyjątkowo współgrały. "Zielone oczy Mariny" to próba poradzenia sobie z życiem, ze sobą, z rozterkami. To zwierzenia kobiety będącej na zakręcie.

"Zielone oczy Mariny" to bardzo osobisty i intymny dziennik pewnej 29-latki. Opisuje ona przypadkowe spotkanie w Barcelonie, które jest początkiem wielkiej miłości. Jednak wspólne życie w Polsce nie układa się najlepiej. Ciągłe ukrywanie, brak swobody, zakłamanie, doprowadzają do rozpadu związku. Od tej pory dziennik jest zapisem jej rozpaczy, bólu i cierpienia. Bohaterka książki zaczyna zadawać coraz trudniejsze pytania o sens istnienia, o tolerancję, o wiarę. Dziennik staje się dla niej swoistą ścieżką terapii. Poprzez pisanie, łatwiej jej poradzić sobie z własnymi uczuciami, tęsknotą i samotnością. Książka jest naładowana emocjami. Zna je każdy, kto choć raz w swoim życiu kochał.

Miłość jest głównym tematem w literaturze. "Zielone oczy Mariny" jest o tyle oryginalna, że traktuje o miłości między kobietami. Ten temat rzadko jest wykorzystywany przez pisarzy, a szkoda. Być może stałby się pretekstem, aby oswoić homoseksualizm w Polsce. W książce pada zdanie: "Nasze społeczeństwo jeszcze nie dorosło do tolerancji jakiejkolwiek odmienności, nie tylko seksualnej, ale i religijnej czy rasowej." Niestety, muszę się z tym zgodzić, chociaż zupełnie tego nie rozumiem. Niejednokrotnie byłam świadkiem okrutnych komentarzy na temat religii mojej koleżanki czy koloru skóry mojego sąsiada. To jest przerażające. Wcale się nie dziwię, że wiele lesbijek i gejów boi się wyznać i przyznać do homoseksualizmu swoim bliskim. Te tzw. coming out'y nie byłyby konieczne, gdyby w rodzinach panowała miłość, zaufanie i akceptacja. A nie strach przed osądem sąsiada.

Myślę, że książka zainteresuje przede wszystkim tych, którzy sami cierpią po rozpadzie związku. Może będzie dla nich inspiracją i sami stworzą swój terapeutyczny dziennik.

 Zachęcam do przeczytania tej recenzji tutaj

Z książkę bardzo dziękuję portalowi DlaLejdis


Czytaj dalej...

Administrator strony Aleksandrowe myśli korzysta z systemu komentarzy Disqus. Adresy IP i adresy e-mailowe są przechowywane przez administratora Disqus'a. Zakładając stronę na platformie Disqus wyrażasz zgodę na przetwarzanie danych osobowych.
Aleksandrowe myśli © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka